Epilog.

- Matt! Do cholery jasnej! Zrób coś ze swoją córką! – Wydziera się Rob przez cały ogród, a reszta zaczyna się śmiać. Odwracam się w jego stronę, ale wyprzedza mnie moja żona, która po mino ciąży wygląda naprawę groźnie, a wydawało by się że dzieci złagodzą jej charakter.

- Co zrobiła? – Pyta ostro Gabi, gdy staje nad Robem i małym Danem, który płacze. Natomiast Alice stoi za nimi kilka metrów dalej z wojowniczą miną. Jaka matka taka córka. Dosłownie. Jak tyko się modlę, że gdy będzie w okresie dorastanie nie przyprawi mnie o zawał. Ma pięć lat, a już teraz daje nam po palić. Nienawidzą się z Danem i na każdym kroku, gdy my nie widzimy się regularnie naparzają. Nie mam zielonego pojęcia skąd ta ich niechęć do siebie, ale wszelkie rozmowy i nakazy nic nie pomogły. Pozostało nam wierzyć, że z tego wyrosną.

- Stłukła go plastikowa łopatką! – Woła oburzony Rob. Zaciskam usta, aby się nie roześmiać. Widzę, że Gabi też.

- Alice pozwól. – Przywołuje ją machnięciem ręki. Mała patrzy na nia podejrzliwie, po czym decyduje się podejść do matki. – Dlaczego uderzyłaś Dana? – Pyta ją jak na razie spokojnym głosem.

- Bo mi popsuł babki z piasku. – Żali się głośno. Gabi się prostuje i patrzy wyzywająco na Roba.

- Czyli zasłużył. – Stwierdza.

- To nie oznacza, że ma go bić. – Warczy tamten.

- Chyba umie się bronić, prawda?

- Tata uczył mnie, że nie wolno bić dziewczynek. – Odzywa się mały. Rob patrzy na nią z wyższością. Ten gagatek to cały on. Widzę zachmurzoną minę Gabi i mam cichą nadzieję, że nie skończy się to kłótnią między nimi.

- A czego jeszcze nauczył cię tata? – Pyta małego z uśmiechem. Rob marszczy brwi, bo nie wie o co chodzi,a mały już odpowiada.

- Tatuś powiedział mi, jak zaglądać dziewczynkom pod spódniczki. – Mówi Dan głośno, a reszta gości wybucha gromkim śmiechem. Rob czerwienieje na twarzy i daje spokój sobie z dalszym wykłócaniem.

- Rob! – Woła oburzona Carla i już bierze go w obroty. Reszta zasiada przy stole razem ze swoimi dziećmi. Bill ustatkował się ku naszemu zdziwieniu i ma córkę Emme, a Zack syna kilku miesięcznego. Aleksander i Alex wzięli ślub i zamieszkali razem, a Aidan i Amy mają już drugie dziecko. Paul póki co ma dziewczynę i lepiej nie zapeszać, bo biedak jakoś nie może trafić na odpowiednią kobietę. Wszystkim się w życiu poukładało. Jednak ja czuję się z nich wszystkich największym szczęściarzem.

Nigdy nie zapomnę dnia, w którym lekarz próbował przekazać mi złą nowinę. Jak się okazało, ten kretyn po prostu nie umie rozmawiać z ludźmi i nie potrafił przekazać nam że operacja się udała. Całe szczęście, że mnie powstrzymał Rob bo bym go zabił gołymi rękoma. To były najgorsze minuty w moim życiu. Myślałem, że świat zwalił mi się na głowę i się z tego już nie podniosę. Nikomu takiego czegoś bym nie życzył. Straszne uczucie. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze.

- Tatusiu! – Woła Alice i biegnie w moja stronę. Łapię ją i podrzucam do góry. Śmieje się i małymi rączkami oplata moją szyję, po czym całuje mnie soczyście w policzek.

- Ogoli się. – Mówi z wyrzutem i odpycha mój zarośnięty policzek. Śmieję się i stawiam ją na trawie. Dzień w dzień dziękuję losowi, że mam rodzinę. Dostałem od życia więcej niż chciałem.

- Kochanie. – Podchodzi do mnie Gabi i sapie ciężko. Ciąża daje się jej mocno we znaki. Natychmiast obejmuję ją w pasie, przez co ta uwiesza się całym ciężarem na moim ramieniu. – Twój syn mnie wykończy. – Mówi z wyrzutem, gdy pomagam jej usiąść na krześle. Marudzi, ale wiem że już pokochała nasze nie narodzone dziecko. – Sądząc po ilość kopniaków jakie otrzymałam to bez wątpienia będzie piłkarz. – Puszcza mi oczko. Zaciskam usta. Lubi mnie tak drażnić małpa jedna.

- Okaże się.- Odpowiadam i siadam obok niej. 

- A co masz przeciwko sportowcom? – Pyta Aidan.

- Matt chciałby, aby nasze dzieci zostały muzykami. – Odpowiada za mnie Gabi i puszcza mi oczko. Wzdycham ciężko i postanawiam się z nią nie spierać. 

- Zostaną kim będą chcieli. – Stwierdzam i odwracam się do tyłu słysząc piski i krzyki. Wcale mnie nie dziwi widok Dana i Alice, którzy się szarpią. – O Boże. – Wypuszczam powietrze z płuc. Znowu. Już mam ich rozdzielić kiedy uspokaja ich Jason. Jego o dziwo się słuchają. Może dlatego, że jest od nich starszy. 

- Moim zdaniem mój syn będzie najlepszą partią dla waszej Alice. – Odzywa się Rob. Spoglądam na niego i o dziwno nie wygląda by żartował. 

- Oni się nie cierpią. – Odzywa się Bill. 

- Mówię ci. Ja mam nosa do tych spraw. – Mówiąc to patrzy wymownie na mnie i Gabi. Co prawda to prawda. Od początku miał rację jeśli chodzi o nas i nagle dostaje jakby obuchem w głowę i dociera do mnie, że ta mała naprawdę kiedyś dorośnie i będzie się wokół niej kręcić mnóstwo chłopaków.  W końcu sama dała sobie nieźle radę, walcząc porem i przepychaczką do kibla. A patrząc na Alice nie ma wątpliwości, że będziesz ją wyciągał z aresztu, gdy któregoś z adoratorów stłucze na kwaśne jabłko. – Dodaje ze śmiechem. Spoglądam spanikowany na Gabi. 

- Spokojnie, książę. – Klepie mnie pocieszająco po kolanie. Patrzę jej w oczy i widzę w nich spokój i miłość. Kiwam jej głową.

Damy sobie radę ze wszystkim.

***

Jakie wrażenie po epilogu? :D

Chyba nie jestem, aż taka wredna. A może jednak? Skoro tak kręcę. :P

Zapraszam na mój kolejny blog.

http://nogami-w-szafie.blog.pl/

 

40. ” I chociaż walczysz z całych sił, O coś więcej niż parę chwili… „

Decyzja o wyjeździe nie była jedną z najlepszych w moim życiu. Na początku wydawało mi się, że robię dobrze, ale zaraz po przyjeździe do Miami dotarło do mnie, że spanikowałam. A wszystko przez ten strach. Boję się powiedzieć im o chorobie, i że prawdopodobieństwo śmierci jest bardzo wysokie. Nie chcę patrzeć jak cierpią, gdy będę umierać na ich oczach, ale gdy nie wrócę za tydzień do Nowego Yorku będą się martwić i nie daj Boże postawią policję na nogi, gdy przestanę się odzywać. Wiem, że ojciec byłby do tego zdolny. Z resztą i tak w kółko wydzwaniają do mnie na zmianę. Pytają jak mi mija urlop i tym podobne. Najbardziej interesuje ich gdzie jestem, póki co zbywam ich jakąś dyplomatyczną odpowiedzią. Nie chcę, aby któreś z nich wygadało się Kaseymu. Od miesiąca się do niego nie odezwałam i nie mam zielonego pojęcia co powinnam mu powiedzieć.

Od kiedy tu przyjechałam nie mogę znaleźć sobie miejsca. Krążę od ściany do ściany w domku, albo spaceruję po plaży. Ciągle odtwarzam w głowie to co powiedział mi Matt. Wcale się nie dziwię, że się mi o tym opowiedzieć. Zabił człowieka. Był tylko dzieckiem ,który stanął w obronie matki i przyrodniego brata. Nawet nie jestem w sobie wyobrazić jak musiał się wtedy czuć. Przecież do diabła widział jak umiera jego matka, a teraz ja mam mu zrobić to samo?! Ta cała gadanina Willa, że Matt jest zły i tym podobne, to jedno wielkie gówno. Może dla policjanta jest białe i czarne życia, ale nikt im wtedy nie pomógł.

Oczywiście Kasey popełni kilka błędów, przecież nikt nie jest czysty jak łza. Czasami doprowadza mnie on do białej gorączki, ale pomimo tego i tak go kocham. Prosił mnie, abyśmy jeszcze raz spróbowali i bardzo chciałam mu odpowiedzieć że też tego chcę, ale wiadomość o chorobie i tego co się z tym wiąże powstrzymała mnie. Nie jestem pewna, czy Matt po raz kolejny by to wytrzymał. Widziałam jak mój brat udawał, że wszystko będzie dobrze i tak dalej. Męczył się tak samo jak ja i mam teraz znów im to powtórnie zafundować? Gdybym mogła zrobiłam bym wszystko, aby im tego wszystkiego zaoszczędzić, ale co bym nie zrobiła w tej sytuacji nie nie uniknę zadania im bólu. Jasne jest to, że poddam się leczeniu i będę walczyć ale nie wiem czy to wystarczy.

Obejmuję się mocniej ramionami i tępa wpatruję się w ocean nad, którym zbierają się ciemne chmury. Dokładnie jakby natura odwzorowywała się na tym jak się teraz czuję. Tyle, że po burzy nastanie kolejny słoneczny dzień, a w moim przypadku może się tak nie stać. Wyciągam telefon z kieszeni i przez chwile gapię się na niego bez sensu. Nie jest to najlepszy pomysł, aby dzwonić o tej porze do niego, ale jak się komuś nie wygadam to zwariuję. Powiedział kiedyś, że zawsze mogę do niego dzwonić jeśli coś będzie nie tak.

– Halo? – Odzywa się zaspanym głosem Rob. Przełykam śline i zbieram się w sobie.

– Cześć. Tu Gabi. – Po drugiej stronie zapada cisza. Nie słyszę nawet, aby oddychał.

– W zasadzie mógłbym nieźle cię ochrzanić, ale tego nie zrobię. – Mówi w końcu chłodnym głosem. – Matt mi powiedział o waszej rozmowie i nie spodziewałem się po tobie, że zachowasz się jak suka. – Dodaje ostrzej, a ja się krzywię słysząc jego wściekły głos. A podobno miał nic nie mówić na ten temat.

– Nie wyjechałam z tego powody, kretynie! – Odpowiadam urażona, tym że tak o mnie właśnie myśli.

– Taak? – Prycha, co zwiastuje tylko jego kolejny wybuch. – No to oświeć mnie z łaski swojej, Mendez. – Jest naprawdę źle, skoro mówi do mnie po nazwisku czego nigdy nie robił w moim przypadku. Ma prawo się wkurzać, Matt to jego najlepszy przyjaciel.

– Nastąpił nawrót raka. – Syczę zła, na siebie, na niego.

– Żartujesz sobie?! – Podnosi głos i słyszę jak wygrzebuje się z pościeli. – Chciałabym, aby był to żart. – Wzdycham ciężko.

– Ja pierdolę. – Szepcze przerażony Rob. Nie dodaję nic więcej, tylko czekam aż dotrze do niego to wiadomość. – Opowiedz mi wszystko do początku. – Prosi już mocniejszym głosem. Przełykam łzy i zaczynam mówić. Słucha mnie uważnie i nawet nie przerywa, co ma w zwyczaju. Co jakiś czas tylko wzdycha. Nie muszę go widzieć, aby wiedzieć jaką ma teraz minę i przypuszczam, że reszta jeszcze gorzej zareagowałaby na to, gdybym im powiedziała.

Między czasie mojego monologu zrywa się wiatr, a niebo co jakiś czas przecina błyskawice. No nie! Tylko nie to. Jak ja nie cierpię burzy! Zrywam się z miejsca nie przerywając rozmowy i idę szybkim krokiem w kierunku wynajętego przeze mnie domku. Gdy tylko do niego docieram zamykam wszystkie okna oraz drzwi, które ku mojemu zdziwieniu nie były zamknięte na zamek. Wcale mnie to nie dziwi, bo ostatnio jestem strasznie roztargniona. W sypialni z rzucam buty i kładę się na łóżku. Podciągam nogi pod brodę i wreszcie kończę całą historię.

– Co teraz zamierzasz zrobić? – Pyta po dłuższej chwili. Czuję, że jest oszołomiony po mojej relacji.

– Oczywiście poddam się leczeniu. Tak łatwo nie dam się wsadzić do grobu. – Próbuję za żartować, ale jakoś nie bardzo mi to wychodzi.

– A co z Mattem i resztą? – Wzdrygam się, kiedy słyszę nad sobą potężny grzmot. Puls momentalnie mi przyspiesza.

– Nie wiem, Rob. – Przecieram oczy, a pod powiekami czuję piasek. Nie sypiam za dobrze ostatnimi czasy.

– Powinnaś im powiedzieć, Gabi. – Stwierdza. Miałam nadzieję, że nie usłyszę tego.

– Nie chcę ich ranić.

– Chroniąc ich, też to robisz. – Jakbym o tym nie wiedziała. – Matt od czasu twojego wyjazdu nie robi nic innego jak analizuje waszą ostatnią rozmowę. Sądzi, że go zostawiłaś , bo opowiedział ci o sobie.

– Nie! – Wyrywa mi się, ni to szloch ni to krzyk.

– Ale tak właśnie jest. Należą mu się wyjaśnienia. – Powtarza Rob. Doskonale wiem, że ma rację, ale to cholernie trudne powiedzieć komuś coś takiego.

– Powiem. – Mówię z ciężkim sercem.
– Mądra z ciebie dziewczynka. – Słysząc to uśmiecham się smutno pod nosem. – Mam nadzieję, że wiesz że możesz zawsze na mnie liczyć.

– Dopiero co chciałeś mi wydrapać oczy za Matta. – Zauważam kwaśno.

– Ehym, byłem na ciebie wściekły. – Tłumaczy się szybko.

– Zauważyłam.

– Czepiasz się, wiesz? – Warczy zirytowany, a ja nie wytrzymuję i parskam śmiechem. Sam nie chętnie dołącza do mnie. – Cieszę się, że do mnie zadzwoniłaś. – Dodaje, kiedy się uspokajamy.– Prawdę mówiąc, ja też. – Odpowiadam przyglądając się spływającym kroplom deszczu po oknie. Proszę go, abym nikomu nic nie mówił, o naszej rozmowie i się żegnam. Oplatam się mocniej kocem i z mocno bijącym sercem wybieram numer do Matta. Ręce mi się trzęsą kiedy naciskam zieloną słuchawkę i czekam, aż odbierze. Włącza się poczta głosowa. Próbuję jeszcze trzy razy, ale bez rezultatu, więc postanawiam się mu nagrać.

– To ja, Matt. – Mówię drżącym głosem i szukam w głowie odpowiednich słów, aby przekazać mu tą okropną wiadomość. – Wiem, że nie powinnam wyjeżdżać bez słowa, ale spanikowałam. Uważałam, że to najlepsze rozwiązane i nadal tak uważam, ale wiem też że należą ci się jakieś wyjaśnienia. – Przerywam i próbuję pozbyć się guli w gardle. – To co powiedziałeś mi o sobie, nie miało nic z tym wspólnego. To nie twoja wina, ale moja. – Boże jakie to trudne. Biorę kilka głębszych oddechów. – Nastąpił nawrót i jest źle. – Szepczę. – Nie chciałam, abyś wiedział i cierpiał przeze mnie. – Wycieram mokre policzki. – Przepraszam. – Kończę i się rozłączam. Nie wiem co mogłabym jeszcze powiedzieć i tak już mu tym wystarczająco dowaliłam.

Nad domkiem już porządnie rozszalała się burza. Widzę przez okno jak drzewami szarpie wiatr, a deszcz co raz bardziej przybiera na sile. Co chwilę niebo przecina błyskawica, która na krótka chwilę rozświetlają sypialnię. Najgorsze są grzmoty, bo mam wrażenie że za chwilę piorun uderzy w domek, a ten zajmie się niczym paczka zapałek. Jeszcze by teraz brakowało, aby jakiś psychopata zakradł się pod moje drzwi, aby mnie zabić. Zdecydowanie za bardzo dużo oglądam horrorów i tym podobne filmy. Staram się uspokoić, ale coraz bardziej się denerwuję. Podnoszę się z łóżka i pod impulsem postanawiam, że pojadę do hotelu, który znajduje się jakieś dwa kilometry stąd. Chwytam kluczyki leżące na szafce w kuchni i zakładam buty. Najgorzej będzie się dostać do auta, a potem to już z górki.

Gaszę światła i otwieram drzwi. Natychmiast się cofam do tyłu, a żołądek podjeżdża mi do gardła, po czym szczypię się w udo. Nie! To nie pieprzony koszmar, a naprawdę jakaś wysoka postać stoi w progu mojego domu. Bez słowa wchodzi do środka i zamyka za sobą drzwi, odcinając nas tym samym do nawałnicy szalejącej za oknem. Teraz wydaje mi się, że pogoda za oknem to pikuś w porównaniu z tym co teraz ma miejsce. Nie widzę dobrze w ciemnościach, ale stwierdzam że to mężczyzna. Jasna cholera! Nie mam szans w starciu z nim. Nieznajomy robi kilka kroków w moją stronę, a ja automatycznie w tył. Nie wiele by brakowało, a wywaliłabym się przez lampę. Mężczyzna wyciąga dłonie i się schyla.

– Ostrzegam cię, że jeśli mnie tniesz to wydłubię ci kluczykami oczy! – Wołam zdenerwowana. Intruz zamiera, po czym włącza lampę. Światło pada na jego twarz i mnie wmurowuje w podłogę. Przede mną stoi Matt ociekający wodą. Otwieram usta i je zamykam. Gapię się na niego kompletnie osłupiała.

– Jadąc z lotniska odsłuchałem twoją wiadomość. – Odzywa się chrapliwym głosem. Krzywię się widząc jak wpatruje się we mnie z miną, człowieka załamanego i kompletnie zdruzgotanego. Opuszczam głowę i wpatruje się w swoje stopy. Nie mogę na niego patrzeć, a ta mina będzie prześladować mnie do końca życia. – Gabi… – Urywa zbolałym głosem. Podnoszę na niego wzrok.

- Nigdy więcej mi tego nie rób, do cholery! – Warczy i w kilku krokach dopada mnie i chwyta. Mocno go przytulam, mając w dupie to że jest cały mokry. Matt odwzajemnia uścisk niemal zgniatając mnie w swoim ramionach, a drżącą dłonią gładzi łuk moich pleców.

Zrobiłam z jego życia piekło. Cierpiał, a moje problemy są ostatnią rzeczą którą powinien się zajmować. A jednak to jest. Przyjechał. Ulga jaką czuje jest nie do opisania. Cicho łkam mu w mokrą koszulę. Nie potrzebne są tu jakiekolwiek słowa, bo już wszystko zostało wypowiedziane.

***

Minął rok od pamiętnej nocy w Miami i wiele się zmieniło od tego czasu. Wróciłam do Nowego Yorku i powiedziałam reszcie, że jestem chora. Nie łatwo było mi patrzeć na szok na ich twarzach, rozpacz i łzy. Jednak wszyscy byli zgodni co do jednego, że będą przy mnie. Sam Matt nie opuszczał mnie na krok i cały czas wspierał. Leczenie stało się istną torturą i nie byłam zdolna do pracy, więc Amy zajęłam się moją firmą. Jestem jej za to ogromnie wdzięczna, bo pewne moje wcześniejsze wysiłki poszły bym na marne. Mieszkanie sprzedałam i zamieszkałam razem z Mattem. Ojciec nie był zadowolony z tego pomysłu, ale w końcu się przyzwyczaił. Chyba żywił do Matta jakąś urazę, ale gdy zobaczył jak ten się mną zajmuje kiedy ja sama ze sobą nie wytrzymywałam. Zmienił zdanie.

Panowie na początku byli długo w szoku i to oni najbardziej nie mogli przyjąć do wiadomość o mojej chorobie. Koniec końców Rob wziął ich w obroty. Nie mam zielonego pojęcia co im nagadał, ale wygląda na to że się tyle o ile pogodzili z sytuacją.

Leczenie zaczęłam od radioterapii, ale nie przyniosła ona takich rezultatów jakbym się spodziewała, więc po kilku miesiącach zaczęłam przyjmować chemioterapię, wtedy dopiero zaczęła się zabawa. Wymioty, gorączka, osłabienia a co gorsza wypadanie włosów które zdążyły mi odrosnąć. Matt dzielnie wszystko znosił, ale widziałam jego zmęczenie i ból, gdy na mnie patrzył. Wiedziałam, że zaczyna nie dawać sobie rady i za sprawą Roba zmusiliśmy go do wizyt u psychoterapeuty, który po kilku wizytach zaczęły przynosić rezultaty.

Całe to leczenie miało na celu zmniejszyć guza, aby można było go zoperować. Matt od początku sprzeciwiał się operacji, uważając że narażę cię na zbyt duże ryzyko, a nie mamy gwarancji że wyzdrowieję. Nie raz i nie dwa się o to kłóciliśmy, ale on wiedział że ja już podjęłam decyzję której nie zmienię. Ojciec starał się nie wypowiadać swojego zdania na głos, ale widziałam że też nie był zadowolony. Jak oni są przerażenie, to co ja mam powiedzieć? Pozostaje mi tylko wierzyć, że będzie dobrze. Jednak na wszelki wypadek sporządziłam testament, w którym firmę przekazuje Amy i Aidanowi. Mały Jason dostanie kasę ze sprzedaży mieszkania, przez co będzie miał zabezpieczoną przyszłość. Resztę osobistych rzeczy rozdzieliłam między przyjaciół. Matt nie wie nic o testamencie i niech tak zostanie. Zaraz zacznie gadać, że już się poddałam i tak dalej. Ja tam wole nic nie zostawić ślepemu przypadkowi i wszystko wcześniej załatwić. Najbardziej nie mogę pogodzić się z tym, że kariera Matta stanęła w miejscu przeze mnie. Co prawda jeżdżą grać koncerty, ale nie za daleko aby Matt mógł wrócić do domu na noc. O to też się kłuciliśmy, ale nic nie wywalczyłam w tej sprawie. Uparł się jak osioł.

Patrzę na niego z lekkim uśmiechem, kiedy tak słucha lekarza który będzie mnie operował. Nie wiem już po raz, który zadaje mu te same pytania. Chce jak najwięcej wiedzieć o operacji, choć już to wszystko wie. Lekarz na szczęście z tych cierpliwych odpowiada spokojnie na jego wszystkie pytania. Widzę jego panicznych strach o mnie, zresztą tak jak u innych. Nie wiem jakby udawał przede mną nic się nie ukryje.

– Daj spokój, Matt. – Zwracam mu delikatnie uwagę. Przenosi na mnie wzrok i zaciska usta z niezadowolenia.

– Ja tylko się o ciebie troszczę. – Mówi kwaśno.

– Wiem. – Ściskam jego dłoń.

– Skoro wszystko ustalono. To już czas. – Oznajmia lekrza. Widzę jak Matt blednie i cały się spina. Do sali wchodzi pielęgniarka i dwóch rezydentów.

– Matt, spokojnie. – Próbuję go uspokoić, ale to na nic skoro i tak będzie szaleć pod salą operacyjną.

Przy moim łóżku pojawia się Aidan i Amy, ojciec i chłopaki. Wszyscy się ze mną żegnają i upominają, żebym nie wykręcała im żadnych głupich numerów. Śmieję się z nich, no bo jakbym mogła im to zrobić. Na końcu podchodzi do mnie Matt z bardzo poważną miną. Pochyla się nade mną i czule dotyka palcami mojej twarzy, po czym całuje mnie z rozdzierającą serce delikatnością.

– Pamiętaj księżniczka nie może opuścić swoje księcia. – Szepcze mi na ucho. Uśmiecham się szeroko to słysząc.

– Będziemy żyli długo i szczęśliwi jak w bajce. – Czochram mu włosy. – Będzie dobrze. Nie świruj. – Dodaję już poważniej. Widzę, że ma zaczerwienione oczy.

– Postaram się, Gabi. – Obok mnie chrząka cicho pielęgniarka.

– Kocham cię. – Mówię jeszcze i całuję.

– Wiem. – Odpowiada i nie opuszcza mojego boku, aż do drzwi do bloku operacyjnego, do którego nie ma wstępu.

Posyłam reszcie całusa za nim drzwi się nie zamkną za mną. Odpowiadają tym samym, ależ ja ich kocham.

***

– Panie Kasey? – Unoszę głowę, gdy słyszę nad sobą głos lekarza. Od paru godzin odchodzę do zmysłów i błagam Boga, aby mi jej nie odbierał. Nigdy nie byłam wierzący, ale chwytam się wszystkiego aby tylko utrzymać ją przy życiu. Zrobiłem już chyba wszystko co się da, ale to wciąż za mało.

Podrywam się z krzesła i wpatruję intensywnie w chirurga. Słyszę jak reszta stoi za mną i czeka na to co powie.

– Co z nią? Jak operacja? Proszę mu powiedzieć! – Warczę z dłońmi zaciśniętymi w pięści. Lekarz patrzy na mnie ze smutkiem i współczuciem. O Boże! Tylko nie to!

– Panie Kasey, pana narzeczona… – Zaczyna i urywa.

– NIE! NIE! NIE! – Widzę to w jego oczach. Ona nie mogła umrzeć i tak po prostu mnie zostawić! Nie mogła! Do diabla! To Gabi, która jak coś postanowi to zrobi choćby nie wiem co.

– Przykro mi… – Lekarz klepie mnie ze współczuciem po ramieniu, ale nie czuję tego. Mówi coś jeszcze do mnie, ale ja już nie słyszę i nie czuje nic.

Kompletnie nic…

KONIEC

***

Zdaje sobie sprawę, że nie takiego końca tej historii się Spodziewaliście. Przyznam się Wam, że ja też nie. No i nie tak szybko. Jednak nie mogłam w nieskończoność przeciągać tego opowiadania. Mam nadzieję, że nadal mnie lubicie. :P

Nie było łatwo to pisać, bo zwykle bohaterowie żyją długo i szczęśliwie, a ja postanowiłam zrobić im coś takiego. Podła ja, ale życie nie zawsze jest takie jakie byśmy chcieli. Niestety…

Dziękuję wszystkim i tym, którzy mnie czytali i pozostawiali po sobie ślad. Każdy komentarz dawał mi do myślenia i to w jakim kierunku powinnam iść, aby nie wszystko było takie oczywiste i łatwe do przewidzenia.

Dziękuję Wam również za to, że zostałam wyróżniona i przez tyle miesięcy mój blog znajdował się na 7 miejscu w kategorii top 10 blogów dla dorosłych. Małe rzeczy, a cieszą. :)

Jak zawsze czekam na Waszą opinię na temat rozdziału.

Pozdrawiam. :)

P.S. W przygotowaniach jest kolejna historia. Informację o nowym blogu powinna pojawić się tu w ciągu najbliższych dwóch tygodni. :) 

Jest jeszcze epilog dla tej historii.

39. „If you love me, don’t let go…”

Wychodzę przed pałacyk i biorę kilka uspokajających oddechów. Ci ludzie doprowadzają mnie do szału. No może nie wszyscy. Musiałam na chwilę oderwać się od tego rozgardiaszu, bo moja biedna głowa zaczęła o sobie dawać znać. Przygotowania do ślubu Megan i Nicka ruszyły pełną parą. Jutro impreza, a ja mam wrażenie, że wszystko jest w rozsypce. Zawsze tak mam jak pracuję nad tak dużym projektem. Chcę, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik, a kliencie zadowoleni. W końcu to jeden z najważniejszych dni w ich życiu. A tym bardziej chcę, aby wszystko było jak najlepiej zrobione, bo ich polubiłam.

Przeczesuję dłonią włosy i rozglądam się dookoła. Za co się tu by teraz wziąć? Jednak zamiast kolejnego zajęcia dostrzegam przy ciężarówce jednego z pracowników siedzącego na pudle z ozdobami. Krew mnie zalewa momentalnie, ponieważ wszystko będzie pogniecione, a co gorsze czas stracony na naprawianie szkód.

- Ej ty! – Krzyczę w jego stronę. Facet odwraca się w moją stronę i uśmiecha znacząco. Jest wysoki i napakowany, a do tego łysy. Wyglądem przypomina bandziora, ale to nie to jest tu najważniejsze. Rzuca peta w trawę i przygląda mi się z założonymi rękoma. Podchodzę do niego i mierzę go wściekłym spojrzeniem.

-  Szefowa. – Mruczy uwodzicielsko i taksuje mnie spojrzeniem, które po chwili zatrzymuje się na moich piersiach.

- Czy ja nie wyraźnie powiedziałam, że z ozdobami należy obchodzić się ostrożnie? – Podpieram rękoma biodra i wskazuję głową pogięte pudło. Facet podąża za moim wzrokiem i marszczy brwi.

- O to ten hałas? To tylko parę szmatek i figurek. – Wzrusza ramionami i patrzy na mnie znudzony. Unoszę wysoko brwi i mam wrażenie, że za chwilę szlag mnie jasny trafi. Co za kretyn!

- Tylko?! – Wydzieram się na niego. – Zniszczyłeś je! Cały dzień się opieprzasz. Jeśli myślisz, że za lenistwo ci zapłacę to się grubo mylisz!

- Zawsze można kupić drugie. – Burczy rozdrażniony. – Umowa została podpisana, więc może mi pani nagwizdać. – Spogląda na mnie beznamiętnie, pewien siebie, że to ja przegrałam tą potyczkę.

- To je odkupisz, a potem wypieprzasz do domu. – Warczę rozsierdzona. Facet prostuje się i nachyla się w moją stronę. Nie robi on na mnie żadnego wrażenia, jeśli chciał mnie nastraszyć.

- A jak nie?

- Będziesz biegał po mieście o jednej nodze. – Syczę przez zaciśnięte zęby.

- Taka lalunia jak ty najwyżej może mi zrobić dobrze. – Parsa krótkim śmiechem. Nie do opisania złość zalewa mój mózg. Co za parszywa gnida! Już ja mu pokażę.

- Och zrobię ci tak dobrze, że do końca tego tygodnia o tym nie zapomnisz. – Mój głos ocieka słodyczą, a on mruga zaskoczony tymi swoimi świńskimi oczkami. Podchodzę do niego bliżej i opieram dłonie o jego tors. Zadowolony z siebie uśmiecha się lubieżnie do mnie, ale po chwili na jego twarzy pojawia się grymas bólu, gdy wmontowuję mu kolano w krocze i jeszcze dodatkowo poprawiam. Odsuwam się od niego, a ten jęcząc upada na kolana. Słyszę za sobą śmiech reszty pracowników.  – To było ostrzeżenie. – Dodaję.

- Kiedy ty przestaniesz bić ludzi? – Słyszę za sobą rozbawiony głos Matta. Odwracam się w jego stronę. Stoi oparty o najbliższy samochód i przygląda mi się z lekkim uśmiechem. Wzruszam ramionami. – Już chciałem ci pomóc, ale sama dałaś sobie radę. – Zerka za mnie, gdzie leży poszkodowany.

- Powinnam zapisać się na boks, bo wyraźnie mam talent. – Odpowiadam i podchodzę do niego. Matt całuje mnie przelotnie w policzek na powitanie. Od czasu kiedy ryczałam mu na kolanach coś się między nami zmieniło i to na lepsze. Przestaliśmy na siebie warczeć i nie jest już nie zręcznie między nami. Chłopaki byli w niezłym szoku kiedy, któregoś dnia przyjechaliśmy razem do studia, a potem siedzieliśmy cały dzień w pokoju nagrań i żartowaliśmy z reszty.  Rob mrużył podejrzliwie oczy co mnie strasznie bawiło. Po za tym wycofałam się ze współpracy na płytą. Panowie byli wściekli i chcieli koniecznie mnie przekonać do zmiany decyzji, ale o dziwno do akcji wkroczył Matt i mnie uratował. Powiedział, że mają tyle materiału ze mną, że wystarczy to na płytę. Najwyżej wpadnę jeszcze raz czy dwa na drobne poprawi. Byłam w szoku, że staną w mojej obronie, ale szybko też przekonałam się dlaczego tak się stało. Uparł się, abym poszła do lekarza i nawet mnie zawiózł kiedy zaczęłam się buntować na ten pomysł. Więc wyjścia nie miałam zbytnio. Doktor Paterson zlecił mi mnóstwo badań do wykonania. Kazał mi przyjść z wynikami w sobotę rano. Wkurzyłam się, bo ja musze być tu na miejscu i wszystko nadzorować. Głuchy był na moje protesty, to samo Matt. Poprosiłam Carol, aby przyjechała jutro z samego rana i dopilnowała wszystkiego dopóki się nie zjawię. Będę odrobine spokojniejsza mając tu swojego człowieka.

- Znowu kombinujesz? – Zerkam z pod byka na Matta.

- Nie.

- To dobrze. – Szturcham go w ramię. Śmieje się. – Przywiozłem ci coś do jedzenia. – Za pleców wyjmuje brązową torebkę i mi ją podaje. Zaglądam do środka, gdzie znajduję moje ulubione bułeczki drożdżowe z konfiturą jagodową, oraz dwa kubki z kawą. Zarządzam przerwę pracownikom i razem z Mattem udaję się do ogrodu, gdzie jest ogromna biała altanka. Siadamy na jednej z ławek i z daleka obserwuję kręcących się przed pałacem ludzi. Początkowo przyjęcie miało być na torze wyścigowym, ale Megan stwierdziła że nigdy nic nie wiadomo jak z pogodą i zdecydowała się właśnie na ten pałac.

- Mniam. – Mruczę między kęsami. Matt obserwuje mnie znad kubka kawy. – Wiesz, co dobre. – Puszcza mi oczko.

- Jak idą przygotowania? – Zagaduje.

- Dobrze. – Odpowiadam mu grzebiąc ręką w torebce i z zadowoleniem wyciągam ją, kiedy znajdują kolejną bułkę. – Chcesz? – Podsuwam mu ją pod nos.

- Nie, dzięki.

- Ale to ostatnia. Jesteś pewien? – Macham nią mu przed nosem.

- Tak. – Uśmiecha się do mnie. Głupio mi tak, że wszystko zjadłam.

- To może na pół?  – Proponuję.

- Ok. – Przełamuje ja na pół i wręczam cześć Mattowi, który pochłania ją w dwóch kęsach. Co za bezczeszczenie takich pyszności. Pewnie nawet nie poczuł smaku.

- No, co? – Pytam, kiedy dziwnie mi się przygląda.

- Masz tu trochę konfitury. – Wskazuje na palcem na moje usta. Oblizuje się dookoła. – Nie tu. Obok. – Macha mi ręka przed oczami.

- Przestań mi tu wymachiwać paluchami przed oczami. – Irytuję się na niego, bo mam wrażenie, że zaraz szturchnie mnie w oko.  Matt przewraca oczami.

- Ja to zrobię. – Mówi to ze złością, a mnie przez głowę przelatuje jakaś łzawa komedia romantyczna i taka właśnie sytuacja. Matt przysuwa się do mnie i kciukiem ściera z górnej wargi jagody. Podnosi na mnie wzrok i mam wrażenie, że czas zatrzymał się w miejscu. Patrzy sobie w oczy, a ja nerwowo przygryzam dolna wargę. Matt przenosi wzrok na moje usta i powoli nachyla się ku mnie. Zaraz serce wyskoczy mi z piersi. Chcę się odsunąć, ale ciało odmawia mi posłuszeństwa. Co ja wyprawiam? To się nie może zdarzyć. Wystarczająco jest między nami skomplikowanie. Ale czy na pewno tego nie chcę? Cholera! Już sama nie wiem, czego chcę! Żołądek zawiązuje mi się w supeł z nerwów. Gdy dzielą nas zalewie centymetry zamykam oczy i w tym samym momencie czuje jak delikatnie zamknął usta na moich. Wzdycham z dziwną niewysłowiona ulgą, a w klatce piersiowej czuje dziwny promieniujący ból. Chwytam go mocno za kark i wciskam się w jego klatkę piersiową. Sama sobie się dziwię, ale jakaś cześć mnie chce go mieć najbliżej siebie jak się da. Matt wydaje z siebie głośny pomruk, po czym zaczyna mnie jeszcze mocniej i jeszcze głębiej całować. Moje ciało ogarnia dzika żądza. Chce go tu i teraz. Mam gdzieś, że mamy widownie na dole. Tak bardzo go potrzebuję, że to aż boli. Oddaję mu pocałunek z taką siłą jakbym chciała go zjeść żywcem. Matt wciąga mnie na swoje kolana, a ja oplatam go nogami w pasie. Podnosi się razem ze mną i kieruje się za ściankę, która oddzieli nas od gapiów. Tu nikt nie będzie mógł nas zobaczyć. Opiera mnie o drewniana ścianę i napiera na mnie mocno. Matt wkłada mi pod bluzkę rękę i gładzi moje plecy zahaczając, co jakiś czas o stanik. Idę za jego przykładem i robię to samo. Nasze usta pozostają złączone w dzikim tańcu.

- Matt… – Zaczynam cicho, gdy pozwala mi złapać odrobinę powietrza. W głowie kotłuje mi się od nadmiaru myśli. Tak bardzo tęskniłam za nim, a teraz przez tą ulotną chwile go mam.

- Wiem. – Odpowiada patrząc mi w oczy jakby czytał mi w myślach. Czasami mnie to przeraża jak w tej chwili.

- Jednak to nadal nic nie zmienia. – Mówię smutno. Dużo nas dzieli, a co najgorsze on już nie czuje tego, co ja, a głupi pocałunek niczego nie zmieni. Wypierałam się tego, co do niego czuję, ale dłużej nie mogę walczyć sama ze sobą. Jednak wiem, że to nie wystarczy. Nie po tym wszystkim.

- To wszystko zmienia. – Zaprzecza gwałtownie moim słowo i całuje mnie jeszcze raz, po czym puszcza mnie i odchodzi. Patrzę za nim zaszokowana całym zajściem. Poprawiam ubranie i włosy. Jasna cholera, co to w ogóle miało być?! Patrzę jak pospiesznie idzie przez podjazd i wsiada do auta, po czym odjeżdża. Zaciskam zęby, aby zatrzymać ból, który próbuje wydostać się na powierzchnię. Nie teraz. Nie tutaj. Schodzę na dół, gdzie pracownicy zerkają na mnie z ledwo powstrzymywanym uśmieszkiem a twarzy. Pewnie, co nie, co widzieli.

- Już ja wam znajdę robotę, jak nie przestaniecie. – Warczę na nich, co jeszcze bardziej ich rozwesela. Sama nie chętnie się uśmiechem i zabieram się do pracy. Byle tylko zająć czymś głowę.

Gdy wracam zmęczona do domu w głowie mam tylko prysznic i łóżko. Jestem z siebie zadowolona, bo wszystko zostało przygotowana na tip top. Zrobiłam wszystko, co w mojej mocy. Jutro przywiozą kwiaty, którymi zajmie się Carol. Ja tylko musze zdążyć do kościoła od doktora Pattersona. Megan nalegała, abym była na ślubie. Podłączam telefon pod ładowarkę i idę się wykąpać, a potem padam ja długa na łóżko. Zmęczona nawet nie wiadomo, kiedy zasypiam. 

***

Siedzę naprzeciwko doktora Pattersona i czekam, aż coś powie. Przewraca te kartki i przewraca. A mnie zaczyna już brakować cierpliwości. Co chwila zerkam na zegarek. Za nie całe dwie godziny ślub, a ja muszę tu siedzieć. Aby nie tracić czasu na przebieranie się, przyjechałam do przychodni ubrana w długą chabrową suknię. Podoba mi się ona, bo jest zwiewna a do tego ma rozcięcie ciągnące się od uda do samej ziemi. Założyłam do niej zwykle srebrne szpilki. Jestem w pracy i nie mogę wyglądać na zbytnio wystrojoną.

Gdy zaczynam wybijać obcasem nerwowy rytym, wreszcie Patterson się prostuje i patrzy na mnie tak, że momentalnie nieruchomieję i cała krew odpływa mi z twarzy. Ręce zaczynają mi się trząść i pocić. Zaczyna mi brakować powietrza. Dotykam szyi sprawdzając, czy ktoś mnie nie dusi. Już kiedyś widziałam u niego taki wyraz twarzy i nie wróżyło to nic dobrego. Doktor czeka, aż się uspokoję. Biorę wdech i wydech. Powtarzam tą czynność kilka razy, aby się uspokoić, ale daleko mi do opanowania.

- Jest źle. – Nie pytam, a stwierdzam oczywistość. Lekarz kiwa głową.

- Kurwa.

Ledwo do mnie dociera to, co mówi Patterson. Jak się okazuje nastąpiła remisja, a że ostatnio dużo pracowałam wszystkie objawy zwalałam na przemęczenie, a to był nawrót. Przecież mnie wyleczyli, więc do diabła skąd on się tam znowu wziął?! Według doktora, jeśli od razu zacznę leczenie jest 30% szansa na wyzdrowienie. Pocieszające do prawdy. Wręcza mi jakąś wizytówkę i prosi, abym jak najszybciej się z tym kimś skontaktowała. Przygląda mi się współczująco. Zrywam się z krzesła i wychodzę bez pożegnania. Na miękkich nogach podchodzę do krawężnika i macham na taksówkę, która momentalnie się zatrzymuje obok mnie. Wsiadam i podaję adres kościoła. Chowam twarz w dłoniach i próbuje zebrać myśli. Dlaczego kurwa znowu ja? Kiedy ten koszmar wreszcie się skończy? Nie mam siły na to wszystko. Przerasta mnie to, a 30 % szansy to jak nic. I co? Znowu szpitale, operacje i chemia? Przecież z góry mogę sobie kupić trumnę, bo to nawet nie mam 50% szans na wyzdrowienie. Z drugiej strony poddać się bez walki, to nie w moim stylu. Już raz przez to przeszła i tym razem też muszę dać radę. Nawet jeśli to walka skaza jest z góry na porażkę.

- Wysiada pani czy nie? – Do rzeczywistości przywraca mnie zirytowany głos taksówkarza. Płacę mu i wysiadam. Zerkam na zegarek. Jestem przed czasem, bo nawet państwa młodych jeszcze nie ma. Biorę głęboki oddech i przywołuję na twarz uśmiech. Wchodzę do kościoła i siadam w ostatniej ławce, która jest pusta na moje szczęście. Opuszczam wzrok na swoje ręce i próbuje nie myśleć o tym, że za kilka miesięcy moi znajomi przyjdą na mój pogrzeb.

- Witaj, księżniczko. – Wystraszona podskakuję w miejscu, gdy obok mnie siada Matt wystrojony w najlepszy garnitur. Robię jeszcze większe oczy, kiedy widzę, że ma podbite oko i przecięty łuk brwiowy, a kostki dłoni pościerane. Nie da się ukryć, że z kimś się bił. Uśmiecha się do mnie ciepło.

- Cześć. – Odpowiadam przyglądając się mu pytająco.

- Później ci powiem. – Ty stwierdzeniem wprawia mnie w osłupieni, bo zwykle nic nigdy nie chciał mi mówić. Już otwieram usta, by coś powiedzieć, ale do kościoła wchodzi Nick, a za nim jego drużba. Cichną rozmowy i wszyscy obserwują jak Nick rozmawia z księdzem, po czym staje przed ołtarzem i patrzy wyczekująco w stronę drzwi wejściowych. Po chwili rozbrzmiewa marsz weselny, a wszyscy wstają. Do kościoła wchodzi Megan w pięknej białej sukni, a za nią druhny. Do ołtarza prowadzi ją brat. Gdy mija naszą ławkę, odwraca głowę i puszcza mi oczko. Uśmiechem się szeroko w odpowiedzi. Wolnym krokiem pochodzi do Nicka, który patrzy na nią tak jakby pierwszy raz w życiu ja widział. Ceremonia się zaczyna.

Nie mogę oderwać od nich wzroku. Wyglądają na takich szczęśliwych i zakochanych. Zazdroszczę im tego i też bym chciała stanąć na ślubnym kobiercu, ale wiem, że nie będzie mi to dane. Coś ściska mnie mocno w klatce piersiowej, a w oczach pojawiają się mi zły. Czuję ogromny smutek, że nie doświadczę tego wszystkiego jak oni. Choroba mi to zabierze.

- Hej. – Szepcze mi Matt do ucha i obejmuje ramieniem. – Masz. – Podaje mi białą lnianą chusteczkę, a ja przyjmuję ją z wdzięcznością. Wzruszam się jeszcze bardziej, gdy składają sobie przysięgę. – Następna będziesz ty. – Mówi cicho. Podnoszę na niego wzrok i wygląda na bardzo poważnego. Nawet nie wiesz jak bardzo chciałabym, aby była to prawda. Ostrożnie wycieram chusteczką oczy.

- Zobaczymy. – Mówię tylko, bo tak naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Przyciąga mnie jeszcze bliżej siebie i całuje w głowę. Wzdycham ciężko i opieram głowę o jego ramię. Czy powinnam mu powiedzieć i reszcie, o nawrocie? Już oczami wyobrazi widzę ich miny i współczucie, a nie chcę tego. Aidan i Amy są teraz rodzicami i nie chcę im dokładać jeszcze tego, a ojciec jest taki szczęśliwy, od kiedy poznał Alex i teraz mam to wszystko zniszczyć? A chłopaki? Aż się wzdrygam na samą myśl. Nie powiem, bynajmniej jeszcze nie teraz.

Z kościoła jedziemy prosto do pałacu, w którym ma odbyć się wesele. Wchodzę do środka, aby skontrolować wystrój i zadowoleniem stwierdzam, że Carol się spisała. Wszystko wygląda tak jak powinno. Instruuję jeszcze kelnerów, ale oni i tak wiedzą, co mają robić. Nie pierwszy raz ze sobą pracujemy.

Goście siadają za stołami i rozbrzmiewa gwar rozmów. Gdy kelnerze kończą rozdawać szampana wstaje brat Megan. Wygłasza przemówienie i wznosi toast. Wypijam odrobinę szampana i siadam obok Matta. Megan uparła się, aby była gościem i świętowała razem z nimi. Co nie zmienia faktu, że nie będę pilnować czy przyjęcie odbywa się zgodnie z planem. W ramach kompromisu poprosiłam o najdalszy stolik, przez co będę miała bliżej kuchni i wszystko widziała, co się dzieje na sali. Jednak nie przewidziałam tego, że usadzi mnie obok Matta i Roba, który wygląda jakby połknął cytrynę.

- Co ci jest? – Pytam, gdy wracam z kuchni a pierwsze dania zostały podane.

- Laska go wystawiła. – Chichocze Matt. Rob rzuca mu mordercze spojrzenie.

- Wcale, że nie kretynie. Zaraz powinna być. – Zerka na drzwi wejściowe, w których jak na razie nikt się nie pojawia. Sądziłam, że Rob tylko się zgrywa, ale on naprawdę kogoś ma. Aż mnie zżera ciekawość, kto to jest.

Co jakiś czas znikam na zapleczu lub kuchni, aby sprawdzić jak się sprawy mają. Na szczęście nie ma większych problemów i wszystko przebiega zgodnie z planem. Gdy wracam do stolika mało brakuje, a się przewracam gdyby nie dłoń Matta, który w porę mnie przytrzymał. Tą tajemniczą dziewczyną Roba jest Carol. Gapię się nich z rozdziawioną buzią no, bo jakim cudem niczego nie zauważyła. Ciekawe czy Phil coś wiedział na ten temat.

- Przed chwilą miałem taką samą minę. – Odzywa się rozbawiony Matt. Siadam na krześle nadal się na nich gapiąc. Carol wygląda na zawstydzoną całą sytuacją, natomiast Rob szczerzy się do mnie jak idiota.

- Kiedy? Jak? Dlaczego ja nic nie zauważyłam? – No, jakim cudem? Dodaję w myślach. Przecież miałam ich cały czas pod nosem.

- Parę tygodni temu, a jak to nie będę ci tłumaczył. – Rob puszcza mi oczko, po czym dostaje kuksańca w żebra od Carol. Krzywi się lekko i spogląda na nią z wyrzutem. – Chcieliśmy przez jakiś czas się nie afiszować, ale teraz wszem i wobec przedstawiam wam moja dziewczynę. – Przytula ją do siebie i całuje. Przenoszę wzrok na Matta, który chyba nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.

- Idźcie gdzieś w ustronne miejsce. – Odzywa się wreszcie uszczypliwie. Rob w odpowiedzi pokazuje mu środkowy palec. – Już ja widzę miny chłopaków jak się o tym dowiedzą. Dopiero będzie się działo. – Mówi do mnie cicho Matt. Parskam śmiechem na to. O tak, nie dadzą mu długo spokoju. Od kiedy pamiętam zarzekał się, że aż do śmierci zostanie kawalerem i że nie nadaje się do związków. Patrząc na to ile przewinęło się przez jego łóżko kobiet, trudno było mieć nadzieje na coś poważnego w wykonaniu Roba.

Przyjęcie rozkręca się już na całego, a najgłośniejsi są przyjaciele Megan i Nicka. Na moje oko nieźle się już wstawili. Na parkiecie wywijają tak, że nawet zawodowy tancerz nie dałby im rady. Jednak nie oni najbardziej przyciągają moją uwagę. Megan i Nick wyglądają na bardzo szczęśliwych. Teraz, gdy suknia ślubna odkrywa ramiona i ręce Meg, mogę zobaczyć jak rozległe są jej blizny.  Mogę się tylko domyślać ile wycierpiała w życiu i przez co przeszła, ale ma obok siebie kochającego ją Nicka. Opieram się o barierkę i obserwuje wszystko z góry. Rob i Carol siedzą przy stoliku i się przytulają. W pewnym momencie przyjaciel unosi głowę i puszcza mi oczko. W odpowiedzi unoszę kciuk do góry. W głowie mi się nie mieści, że stracę przyjaciół i rodzinę. Zrobiłabym wszystko, aby cofnąć czas, ale się nie da.

- Wreszcie cię znalazłem. – Obok mnie jak duch zjawia się Matt.

- Nie przypominam sobie, abyśmy bawili się w chowanego. – Mówię ironicznie. Kręci głową i opiera się o kolumnę. Mierzy mnie wzrokiem, który zatrzymuje wreszcie na mojej twarzy.

- Wyglądasz na smutną. – Zauważa, a ja myślałam że świetnie się z tym kryję. Opieram się o kolumnę naprzeciwko niego i krzyżuję ręce.

- Po prostu chcę już do domu. – Unosi brew i przygląda mi się z niedowierzaniem.

- Co powiedział lekarz? – Wypala. Patrzę mu w oczy i nie wiem, co powiedzieć. Prawdę czy kłamstwo? Jedno i drugie będzie trudne. Serce wali mi tak mocno, że mam wrażenie, iż nawet je Matt słyszy.

- Powiedział, że jestem przemęczona i potrzebuję wypoczynku. – Odpowiadam ze spokojem, który mnie zaskakuje, bo wewnątrz mnie panuje totalny chaos. Nie powinnam kłamać, ale nie potrafię mu powiedzieć, że nastąpiła remisja, że mam marne szanse na wyzdrowienie i umrę. Nie sądzie bym komukolwiek była w stanie to powiedzieć.

- Na pewno? – Zaciskam zęby i patrzę na niego beznamiętnie.

- Tak. – Niemal warczę.

- Nie denerwuj się, Gabi. – Mówi szybko i unosi dłonie w geście kapitulacji. – Dobrze, że to nic poważnego. – Kiwam głową jedynie. Matt odpycha się do kolumny i podchodzi do mnie z wyciągniętą dłonią. – Zatańczysz?

- Nie powinnam. Jestem w pracy. – Mówię przepraszająco. Matt nic nie mówi, ale wychyla się przez barierki i wzrokiem kogoś szuka. Co on…?

- Hej! Evansowie! – Wydziera się na cały regulator. Megan i Nick spoglądają w naszą stronę.

- Czego Kasey?! – Odkrzykuje rozbawiony Nick .

- Macie coś przeciwko, abym zatańczył z waszą organizatorką wesela?! – Chyba wszyscy się na nas gapią, a jak mam ochotę zrzucić stąd i zapaść się pod ziemię.

- Ani trochę! Bawcie się! – Odpowiada Megan.

- Dzięki!

Matt z zadowoloną miną prostuje się i podaje mi dłoń. Patrzę na niego spod byka. Co oni sobie o mnie pomyślą? Uduszę go kiedyś gołymi rękoma.

- Nie kombinuj, bo wywinę gorszy numer. – Ostrzega mnie. Z ociąganiem podaję mu swoja dłoń, którą ujmuje i całuje. Gdybym go nie znała, to uznałabym go za dżentelmena przez ten gest. Schodzimy na dół i w tym momencie muzyka się zmienia i zespół gra wolniejszy kawałek. Matt z bardzo zadowoloną z siebie miną, przyciąga mnie do siebie. Wcale nie mam na to ochoty i próbuję się buntować, ale Kasey łapie mnie mocno w pasie i zarzuca sobie moje ręce na szyje. Przecież nie będę się z nim szarpać na środku sali, więc kapituluję. Kołyszemy się w takt wolnej piosenki.

- Musisz być taka uparta? – Szepcze mi do ucha.

- Muszę. – Mówię twardo. – Powiesz mi, z kim się biłeś? – Zmieniam temat. Jego palce mocniej zaciskają się na moich biodrach.

- W swoim czasie. – Krzywię się, bo ja chce wiedzieć już teraz. Tańczymy tak jeszcze ze trzy utwory, ale obowiązki mnie wzywają, więc przepraszam go i pędzę do kuchni. Przez resztę wieczoru byłam tak zajęta, że nie miałam czasu zajrzeć na salę. Doczekać się nie mogłam, kiedy goście zaczną się wreszcie rozchodzić. Moje modlitwy zostały wysłuchane o 1.30 kiedy Megan i Nick dziękowali mi za zorganizowanie świetnego wesela, a ostatni goście właśnie byli odprowadzeni przez kelnerów do taksówek, bo nogi odmówiły im posłuszeństwa. Państwo młodzi także wkrótce opuścili pałac i zostałam tylko ja i obsługa. Po sprzątaliśmy tyle ile się dało, a jutro i tak ma przyjechać firma sprzątająca, którą zajmie się Carol. Ja już mam wolne. Zabieram torebkę i płaszcz z szatni. Wychodzę przed pałac i biorę kilka głębokich wdechów. Cały wieczór się niemiłosiernie męczyłam. Przeczesuję palcami włosy niszcząc sobie przy tym fryzurę i kręcę głową. Co teraz?

- No nareszcie. Ileż to można sprzątać.  – Z ciemności wydobywa się spokojny głos Matta, a ja niemal dostaje palpitacji serca. Rozglądam się dookoła i dostrzegam go stojącego w cieniu altanki.

- Taka praca, Matt.

- Odwiozę cię do domu. – Proponuje. Czekał tyle czasu, aby odwieźć mnie do mieszkania? Trochę to dziwne i podejrzane.  – Nic nie knuję. – Dodaje ze śmiechem. Prycham. Akurat.

- No dobra. – Wzdycham ciężko. Matt podchodzi do najbliżej stojącego auta i otwiera dla mnie drzwi. Unoszę do góry brwi i bez słowa wsiadam do samochodu. Matt po chwili siada za kierownicą i ruszamy. Przymykam oczy, kiedy włącza klimatyzację i robi mi się przyjemnie ciepło. Nawet nie wiem, kiedy zasypiam.

Budzi mnie dziwne kołysanie. Otwieram zaspane oczy i mam przed sobą twarz Matta. Coś mi tu nie gra. Spoglądam na boki i orientuje się, że jestem przez niego niesiona na rękach. Jeszcze jedna rzecz uderza mnie, bo pomieszczenie w którym jesteśmy nie jest moim mieszkaniem tylko Matta.

- Adresy ci się pomyliły, Kasey. – Mówię schrypniętym głosem i chrząkam.

- Ani trochę. – Odpowiada spokojnie i kładzie mnie na kanapie w salonie. Natychmiast siadam i poprawiam ubranie. – Chcesz coś do picia?

- Nie. Chcę do siebie. – W moim głosie pobrzmiewa irytacja.

- Chcę porozmawiać, Gabi. – Siada obok mnie z bardzo poważną miną.

- Nie możemy zrobić tego jutro? – Pytam zmęczonym głosem i opadam na kanapę. Chcę położyć się w swoim łóżku i iść spać. Nie chcę myśleć o czymkolwiek.

- Nie. – Widzę, że mu strasznie na tym zależy.

- Ok. Więc, z kim się biłeś?

- Z Willem. – Wytrzeszczam na niego oczy. Tego się nie spodziewałam.

- Rozumiem, że go nie lubisz ale nie musisz zaraz go bić z tego powodu. – Oznajmiam i zrzucam buty na dywan. Moje biedne stopy mogę wreszcie odetchnąć.

- Wszystko mi powiedział. Przepraszam cię, Gabi że ci nie wierzyłem. – Wmurowuje mnie, bo nigdy nie spodziewałam się, że usłyszę to z jego ust. Patrzy na mnie smutno i sprawia wrażenie wyczerpanego.

- Długo ci to zajęło, Matt. – Mówię w końcu drżącym głosem. Wreszcie dotarło do niego, że od początku mówiłam prawdę i go nie zdradziłam. – Przeprosiny przyjęte. A teraz pozwolisz, że wrócę do siebie. – Wstaję i zabieram buty z podłogi. Tyle zachodu nad przeprosinami. Mógł mi to powiedzieć w samochodzie. Robię kilka kroków w stronę przedpokoju, kiedy ramiona Matta oplatają mnie z siłą imadła.

- Puść mnie. – Mówię spokojnie i próbuje się uwolnić, ale w odpowiedzi przyciska mnie mocniej do siebie i chowa twarz w mojej szyi. Zamykam oczy i stoję jak słup soli z rękoma opuszczonymi wzdłuż ciała.

- Nie mogę, Gabi. Dobrze o tym wiesz. – Szepcze mi do ucha. Wzdrygam się gwałtownie w jego ramionach. O Boże! Błagam tylko nie to! Nie teraz. Nie rób tego Matt! Krzyczę rozpaczliwie w myślach. Nie mogę złapać tchu, a ręce zaczynają mi się trząść. Dusze się!

- Spokojnie, Gabi. – Odsuwa się nieznacznie ode mnie, by móc spojrzeć mi w twarz. Przygląda mi się intensywnie, a przez jego twarz przepływają różnego rodzaju emocje. Odsuwam się do niego gwałtownie i nieświadomie wchodzę z powrotem do salonu. Zatrzymuje się, przy ogromnym oknie za którym rozpościera się widok na miasto. W oddali dostrzegam jak niebo przecina błyskawica.

- Co mam zrobić, abyś mi wybaczyła? – Mówi błagalnie, za moimi plecami. Milczę i kręcę głową. Nie! Nie! Nie! Nic nie mogę mu dać, oprócz bólu. Nie chce go ranić, ale nie mogę powiedzieć mu prawdy. Nie zasługuje na to, by patrzeć jak umieram. Nikt nie chciałby widzieć tego, co mnie czeka.  - Pytaj. – Rzuca twardo, a ja cała sztywnieję, gdy słyszę to jedno słowo. Odwracam się do niego twarzą. Stoi kilka centymetrów przede mną z dłońmi zaciśniętymi w pięści, a jego oczy błyszczą niebezpiecznie, gdy rozświetla je błyskawica. Oddycham ciężko, jakbym przebiegła co najmniej kilka kilometrów.

- Skąd masz te blizny na całym ciele? – Zadaję jak mi się wydaje najłatwiejsze pytanie ze swojej listy. Wiele razy zastanawiałam się co mu się stało, ale nigdy o to nie zapytałam, bo wiedziałam jaka będzie jego reakcja.

- Ojczym mnie katował, gdy byłem dzieckiem. – Odpowiada cicho. Zatyka mnie. Brałam wiele możliwości pod uwagę, ale nie to że jakiś potwór tłuk niewinne dziecko.

- O mój Boże, Matt ja… – Robię ostrożny krok do przodku i delikatnie dotykam jego ramienia. Oferując swoje wsparcie. Czuję jak cały jest spięty. Jego ciało jest twarde jak skała. – Czy on,…- Chrząkam. -… czy ty,… ktoś zgłosił to na policję?

- Tak, ale nikt nie uwierzył mojej matce. – Jak można być tak znieczulonym na czyjąś krzywdę? Gdzie do diabła jest empatia do drugiego człowieka? – Był bardzo szanowanym człowiekiem. Wszyscy się go bali. – Mówi szybko, odpowiadając na moje niewypowiedziane na głos pytanie. W moich oczach pojawiają się łzy. Czuję jego cierpienie, gdy wraca pamięcią wstecz do tych bolesnych wspomnieć. Obejmuję go ramionami i ściskam mocno. Pod uchem słyszę szaleńcze bicie jego serca. Po chwili też mnie obejmuje i zatapia twarz w moich włosach. Wcale się nie dziwię, że nie chciał o tym rozmawiać.

- Mów dalej. – Szepczę.  Wyczuwam, że to jeszcze nie koniec.

- Pewnego wieczoru, wrócił wściekły z pracy. Mama zamknęła mnie w pokoju wraz z przyrodnim bratem. Słyszeliśmy jak ja tłukł i jak błagała go, aby przestał. Miałem wtedy 15 lat i coś we mnie drgnęło. Nie chciałem być dłużej ofiarą, ani patrzyć na zakrwawioną matkę, która kłamie na pogotowiu, że spadła ze schodów. – Urywa i bierze kilka głębokich oddechów. – Roznosił mnie gniew na to wszystko i postanowiłem to przerwać. Wyszedłem z pokoju, wbrew usilnym protestom brata. To, co ujrzałem w kuchni… – Urywa, a mnie cierpki przebiegają po plecach ze strachu.

- Zabił ją. – Drgam w jego objęciach. – A ja to widziałem. – Dodaje szeptem. Matt ściska mnie z całej siły, przez co ledwo oddycham, ale mam to gdzieś. Musi poczuć, że jestem razem z nim. – Wpadłem w szał i nie wiele myśląc chwyciłem nóż leżący na blacie obok kuchni. To był ułamek sekundy… dźgałem go bez opamiętania … Zabiłem go. – Zapada między nami cisza pełna napięcia. Nie słyszę nawet jego oddechu. A więc to jest ta tajemnica, która miała mnie od niego odstraszyć. Mój Boże, przez co on przeszedł. – Trafiłem do domu dziecko z bratem. – Na powrót zaczyna mówić. – Miał do mnie żal, że zabiłem mu ojca. Przestaliśmy się dogadywać, a ja nie mogąc dać sobie z tym wszystkim rady zacząłem ćpać. Jednak jeden Rob mnie nie opuścił, bo wszystkich przyjaciół straciłem ale on przy mnie stał murem. Wyciągnął mnie z tego całego gówna. Nigdy nie będę w stanie odwdzięczyć mu się za to wszystko co dla mnie zrobił. – Nagle Matt puszcza mnie i odchodzi kilka kroków. Wpatruje się w widok za oknem. – Ten facet, który cię prześladował to był mój przyrodni brat. Chciał cię zabić, abym cierpiał tak jak on po stracie ojca. – Dodaje cicho i opuszcza głowę. Stoję jak skamieniała. Teraz wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce. To wszystko jest takie popieprzone, że aż słów mi brak. Nie wiem co mam czuć. Poznałam prawdę, a nawet więcej niż bym chciała wiedzieć. Will nie raz i nie dwa mnie ostrzegał, przed Mattem. Zabił ojczyma. Widział śmierć własnej matki, która próbowała go na swój sposób chronić. Nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić przez co przechodził.

- Teraz wiesz już wszystko, Gabi. – Podnoszę na niego wzrok i widzę jak wpatruje się we mnie zagubiony i załamany. – Nie jestem dobrym człowiekiem. – W jego głosie pobrzmiewa obrzydzenie do samego siebie. Może powinnam czuć to samo co on, ale wcale tak nie jest. Czuje współczucie i smutek, że tak wiele wycierpiał i musi żyć ze świadomością, że zabił człowieka który był potworem.

- Sądziłeś, że jak się dowiem wszystkiego, to nie będę chciała cię znać? – Kiwa głową. – Ale ty głupi jesteś. – Mówię ostro. Podchodzę do niego i kładę ręce na jego klatce piersiowej. – Ważne jest jakim jesteś teraz człowiekiem. Nie jesteś złym człowiekiem. Jesteś moim Mattem. Dobrym i szlachetnym, który walczy o swoje do upadłego. Przeszedłeś wiele w swoim życiu, ale też wiele zyskałeś. Masz  przyjaciół, którzy są jak rodzina gotowa nieść pomoc, w każdej chwili.

- Ale nie mam ciebie. – Odpowiada zachrypniętym głosem. Opuszczam dłonie i robię krok w tył. Patrzę na niego przerażona, bo wiem co za chwilę powie. Nie chcę tego. Nie teraz, gdy jest już za późno.

- Matt… – Urywam kiedy pokonuje dzieląca nas odległość i bierze w ramiona. Delikatnie dotyka mojej twarzy niemal z nabożeństwem. Tak długo na to czekałam, a kiedy to mam… Muszę to odtrącić.

- Nie mogę dużej bez ciebie żyć. – Szepcze z powagą. – Spróbujmy od nowa. – O mój Boże! Czuję jak po policzkach płyną mi łzy, a ból jest nie do zniesienia. Do diabła, dlaczego teraz!? Nachyla się nade mną i delikatnie całuje. Ściska mnie mocno, aż brakuje mi powietrza. Wyrzucam z głowy wszystkie dręczące mnie myśli i poddaje się mu. Chwytam go za włosy i przyciągam jeszcze bliżej, jeśli to możliwe. Matt całuje mnie niema z desperacją, jakbym miała zaraz zniknąć.

- Potrzebuję cię. – Jęczę mu w usta, kiedy podnosi mnie i zanosi do łóżka. Kładzie mnie ostrożnie na pościeli nie przestając całować. Kładzie dłoń na kolanie i sunie nią w górę i w dół, po czym obejmuje pośladek, a ja przyciskam biodra do jego bioder. Wkładam dłonie pod koszule i głaszczę jego tors, co jakiś czas zahaczając o pasek od spodni. Mimo sugestywnych znaków, które sobie wysyłamy, żadne z nas nie posuwa się dalej. Cieszymy się swoja bliskością. Obejmuje go w pasie i przytulam się do niego ze wszystkich sił, on robi to samo. Jednak nie mogę przestać się strząść jakby było mi zimno, choć wcale tak nie jest.

- Kocham cię. – Mówi cicho i całuje mnie w głowę. Nie odpowiadam i zamykam oczy. Ja ciebie też, dodaje w myślach i całuję go w miejscu, gdzie znajduje się mocno bijące serce.

 

Budzą mnie promienie słońca wpadające przez okno w sypialni. Jest mi strasznie gorąco, przez oplatającego mnie Matta. Udaje mi się wyspowodzić nie budząc go. Patrzę na niego przez chwilę i opuszczam sypialnię.

Podjęłam decyzję, która cholernie boli.

Piszę krótki liścik i zostawiam go na blacie obok ekspresu do kawy. Mam nadzieję, ze kiedyś mi wybaczy. Zabieram swoje rzeczy i opuszczam najszybciej jak się da mieszkanie Matta.

Całą drogę do siebie płaczę. Taksówkarz rzuca mi co chwile ukradkowe spojrzenia, ale nie komentuje mojego wyglądu i zachowania. To samo portier, którego spotykam w holu. Gdy wpadam tylko do mieszkania wyjmuję walizkę i plecak i zaczynam się w pośpiechu pakować. Wrzucam ubrania, kosmetyki i dokumenty jak popadnie. Biorę szybki prysznic i przebieram się w czyste ubrania. Zabieram jeszcze laptop i opuszczam mieszkanie zamykając je za sobą na wszystkie zamki.  Nie prędko tu wrócę, o ile w ogóle wrócę. Jadę swoim autem najpierw do ojca i wrzucam mu do skrzynki pocztowej krótki liścik z wyjaśnieniami. Proszę, aby zaopiekował się mieszkaniem podczas mojej nie obecności oraz, aby się nie martwił. Potem jadę do Aidan. Auto zostawiam przed jego domem. W końcu ma garaż. Wrzucam liścik do skrzynki wraz z kluczykami i dokumentami od samochodu. Zabiją mnie za to, ale nie mam za bardzo innego wyboru.

Na lotniku kupuje bilet i z ciężkim sercem wsiadam do samolotu. Mam nadzieję, ze gdy wrócę tutaj to nie w trumnie, a o własnych nogach i przede wszystkim zdrowa.

***

Strasznie się męczyłam nad tym rozdziałem, zwłaszcza że nie był on prosty do napisania. Wciąż się wahałam nad głównymi bohaterami, ale wyszło co wyszło. Jestem ciekawa Waszej opinii. 

Pozdrawiam. :)

P.S. Tytuł rozdziału to tekst zaczerpnięty z piosenki X Ambassadors – Unsteady.

38. 1:0 dla ciebie dupku.

- Gabi? – Otwieram jedno oko, aby spojrzeć na Roba, który stoi nade mną z miną pod tytułem – wiem już wszystko. Wzdycham z zamykam oko z powrotem.

- Mhm. – Mruczę. Nie mam nawet siły mówić.

- Wszystko w porządku?

- Nigdy nie było lepiej. – Opowiadam z sarkazmem.

- Na pewno?

- Nie widać? Ptaszki śpiewają, słoneczko świeci. Czego chcieć więcej?- Warczę pod nosem. Rob się śmieje i siada w nogach kanapy, na której leżę. Szturcham go nogą w proteście. No bo naprawdę, ma pełno foteli wokół, ale nie. On musi swoje dupsko akurat tu posadzić.

- Znowu się pokłóciliście. – Brzmi to raczej jak stwierdzenie niż pytanie.

- Jak widać na załączonym obrazku. – Mamroczę pod nosem. Czuję bolesne pulsowanie w skroniach. To zapowiedź na kolejny atak migreny. Za duże pracuję i organizm daje o sobie znać. Zdecydowanie potrzebuję odpoczynku, ale to dopiero za 2-3 tygodnie. Kiedy będę mieć za sobą ślub Megan i Nicka. Po tym zleceniu biorę wolne i moi współpracownicy też. Należy im się, za to co dla mnie zrobili gdy byłam przykuta do łóżka.

- Moglibyście wreszcie skończyć tą dziecinadę. – Upomina mnie. Nie cierpię, gdy ktoś mówi do mnie takim tonem. Otwieram oczy i siadam gwałtownie. Patrzę na Roba ze złością. To nie on, tylko ja muszę znosić wszelkie uszczypliwości Matta, który po wizycie Wayna stał się rozdrażniony i wybuchał z byle powodu. Na początku ignorowałam jego złośliwości kierowane pod moim adresem, ale wczoraj nie wytrzymałam i się pożarliśmy. Roba akurat wczoraj nie było. Tak więc nie odzywam się do siebie, a nawet nie patrzymy na siebie. Chłopaki też nie próbują interweniować w tej sprawie, bo chyba wiedzą jak się to może skończyć.

- Ja?! To niech on się ogarnie. Od tygodnia nie można mu nic powiedzieć, bo jaśnie pan jest humorzasty. – Macham placem Robowi przed nosem. Śledzi go uważnie jakby się bał, że przez przypadek wsadzę mu go do oka.

- Każdy ma gorszy dzień, Gabi. – Nie wierzę, że on go właśnie tłumaczy. Rano dokładnie słyszał jak Matt, ochrzania za coś Paula.

- Dzień! A nie pięć dni. – Warczę. – Tak się nie da pracować. Mam tego dość, Rob. – Masuję skronie, jakby to mało złagodzić nadchodzący ból głowy. Potrzebuję potężnej dawki snu, bo dłużej tak nie dam rady funkcjonować.

- Świetnie! – Krzyczy znienacka Matt za moimi plecami. Podskakuję wystraszona w miejscu. Odwracam się w jego stronę i posyłam mu wściekłe spojrzenie.  - Droga wolna. Mendez! – Wskazuje drzwi. No to teraz przesadził. Aż się we mnie gotuje ze złości. A niech spada na drzewo. Myśli, że tego nie rzucę w cholerę?

- Jesteś tego pewien? – Wstaję z kanapy i się krzywię, kiedy pulsowanie w skroniach się wzmaga.

- Nie trzymam cię tu na siłę. – Krzyżuje ręce na klatce piersiowej i patrzy na mnie obojętnie. Nie znoszę go w takim wydaniu jak teraz.

- W ogóle cię nie rozumiem! – Nagle uderza mnie pewna myśl z siłą rozpędzonej ciężarówki. – Zostawiłeś mnie. Ok. Jakoś  się z tym po godziłam, ale nie masz prawa wyżywać się na mnie za to, ze Wayn przyszedł się ze mną umówić!

- Nie pochlebiaj sobie, Mendez. – Patrzy na mnie jakby miał przed sobą wyjątkowo coś obrzydliwego. Momentalnie kurczę się w sobie, bo nagle pewność siebie mnie opuszcza. Zawsze miałam niskie poczucie własnej wartości i łatwo było je zdeptać. Matt doskonale o tym wie. – Nie jestem zazdrosny, o kogoś takiego jak ty. – Ten pogardliwy ton niemal mnie miażdży. Mrugam powiekami i powtarzam w myślach jego słowa.

- Ok. – Robię krok do tyłu. Czuję się jakby ktoś wsadził mi nóż w serce i nim obracał. – Ok. – Powtarzam i robię kolejny krok do tyłu. Dla mnie sprawa jest jasna. Jednym ruchem zabieram z oparcie kanapy swój płaszcz i torebkę. – Zrywam współpracę z wami. – Mówię cicho do Roba. Walę to, że będę musiała zapłać karę za zerwanie umowy.

- Ale Gabi… – Zaczyna, ale kręcę głową przecząco. Przechodzę obok Matta i modlę się, aby nie płakać. Sądziłam, że Matta nigdy by mnie nie zranił z czystą premedytacją.

Nie dam rady. Nie mogę tu być.

- Gratuluję ci. Dopiekłeś mi do żywego. – Mówię cicho i szybko opuszczam pokój. Zatrzaskuję za sobą drzwi z hukiem.

Zjeżdżam windą na parter i wściekle wycieram mokre policzki od łez. Ludzie się na mnie gapią, ale mam to gdzieś. On jeden wiedział, że mam problem z akceptacją siebie, ale zawsze się starałam myśleć pozytywnie. Nawet wtedy kiedy byłam łysa. Ta cała współpraca była złym pomysłem. Od początku powinnam słuchać rozumu, a nie serca. Wychodzę z budynku nie zważając na ulewę i macham na taksówkę, która zatrzymuje się niemal natychmiast ochlapując mnie wodą. Nawet nie ma siły mu na wtykać, że nie szanuje klientów. Podaję adres i opadam na oparcie siedzenia. Chcę wrócić do czasów, kiedy wszystko było mniej skomplikowane i nie czułam tyle bólu.

Gdy tylko zamykam za sobą drzwi mieszkania. Łykam kilka tabletek przeciwbólowych i rzucam się w mokrych ciuchach na kanapę w salonie. Nawet nie wiem kiedy zasypiam.

Budzę się, kiedy karetka mija moją kamienicę. Za każdym razem wyrywa mnie ten sygnał ze snu. Wzdycham ciężko. Dobrze chociaż, że głowa przestała mnie boleć. Wiem, że powinnam wziąć gorący prysznic i położyć się w swoim wygodnym łóżku, ale mi się nie chce stąd ruszać. Nagle jak echo wracają do mnie słowa Matta i jego pogardliwy wzrok. Krzywię się i kręcę głową. Nie chce tego sobie przypominać, ale wżera mi się to do głowy. Płakać już mi się nie chce, ale czuję że mam spuchnięte oczy i generalnie nie wyglądam najlepiej. Pewnie mym się wystraszyła swojego odbicia w lustrze. Przekręcam się na bok i dopiero do mnie dociera, że jestem przykryta kocem. Marszczę czoło próbując sobie przypomnieć ten moment, kiedy się nim okrywałam. O rany. Nawet mi pamięć szwankuje. Chyba naprawdę powinnam iść do lekarza. Skleroza w ty wieku? Przecieram oczy i siadam. Podnoszę głowę i nie mal dostaję zawału. Na fotelu obok kanapy siedzi Matt. Jak on tu do kurwy nędzy wlazł?! Przecież nie ma klucza.

- Wyjdź stąd. – Warczę i zrywam się z miejsca. Zapalam światło i natychmiast mrużę oczy.

- Gabi przyszedłem cię przeprosić i … – Zaczyna zawstydzony, ale ja nie chcę tego słuchać.

- Słyszałeś! Wyjdź stąd! – Wydzieram się na niego i idę w kierunku drzwi.

- Gabi… – Matt chwyta mnie za rękę i zmusza do zatrzymania się, ale mu się wyrywam. – Porozmawiajmy. – Zastępuje mi drogę do drzwi. Chcę go wyminąć, ale mi nie pozwala i chwyta za ramiona. – Spójrz na mnie. – Mówi ostro. Kręcę głową. To boli, za bardzo boli. Muszę uciec stąd i to jak najszybciej.

- Daj mi spokój. – Odpowiadam do swoich butów. Zmusza mnie dłonią, abym poniosła głowę do góry. Jednak nie przewidział jednej rzeczy. – Ale jesteś uparta. – Warczy z irytacją. – Otwórz oczy.

- Nie rozkazuj mi. – Wyrywa mi się, num zdążę pomyśleć. Nie muszę patrzeć, aby wiedzieć że teraz kręci głową rozbawiony.

- Gabi, do cholery. – Czuję, że zaczyna tracić cierpliwość. A mnie serce bije jak oszalałe, że też nigdy nie ma dość.

- Nie pogarszajmy sytuacji, Matt bo i tak nie jest już teraz lekko. – Otwieram oczy i natychmiast się krzywię. Wpatruje się we mnie z takim bólem i tęsknotą, że serce mi się na chwilę zacina i wraca jeszcze do szybszego rytmu. Próbuję zrobić krok w tył, ale trzyma mnie mocno.

Przerywa nam wściekle dzwoniący telefon Matta. Wkurzony puszcza mnie i wyszarpuje go z kieszeni. Odbiera nie patrząc, kto dzwoni.

- Czego? – Warczy na powitanie. Słucha przez chwilę rozmówcy. – CO!? – Wydziera się nagle, a ja aż się wzdrygam. – Jest ze mną. – Dodaje spokojniej. – Dlaczego nie obierasz jak dzwoni do ciebie Aidan? – Syczy do mnie.

- Padła mi bateria i … – Chcę mu powiedzieć, by tak do mnie nie mówił ale zasłania mi dłonią usta, więc go gryzę w palec.

- Auu! – Natychmiast ją zabiera i patrzy na mnie z wyrzutem. Pokazuję mu środkowy palec i chcę odejść, ale mi nie pozwala. – Już jedziemy. – Rzuca do telefonu i nim się obejrzę. Wciska mi do ręki torebkę i zamyka mieszkanie moimi kluczami, po czym ciągnie mnie w kierunki wind. Co to w ogóle ma znaczyć?

- Co się dzieje, Matt?! – Wołam do jego pleców, gdy ten wściekle naciska guzik przywołujący windę. – Słyszysz?!

- Amy zaczęła rodzić. – Wpycha mnie osłupiałą do jednej z właśnie otwierających wind. – Już są w szpitalu. Aidan próbował się do ciebie do dzwonić, ale ty jak zwykle masz rozładowany telefon. – Oznajmia cierpko.

- No szkoda, że nie jestem taka idealna jak ty. – Burczę i zakładam płaszcz.

- Na całe szczęście. – Pociera w zamyśleniu brodę. Gapie się na niego nie rozumiejąc o co mu chodzi. – Masz świetne cycki i tyłek. – Dodaje widząc moją minę. Wytrzeszczam na niego oczy.

- Mogłeś je mieć, o każdej porze dnia i nocy. – Wytykam mu ze złością, kiedy ciągnie mnie przez parking podziemny do swojego auta. Otwiera drzwi od strony pasażera.

- Wsiadaj. – Wskazuje na fotel. Zaciskam pięści ze złości i pakuję się do środka. Mogłabym jechać taksówką, ale z tym dupkiem będzie szybciej. Niestety. Zatrzaskuje za mną drzwi i sam po chwili wsiada za kierownicę. Odpala silnik i z piskiem opon wyjeżdżamy na ulicę. Sprawnie manewruje między samochodami.

- Przepraszam, Gabi. Nie powinienem tego mówić. – W jego głosie wyrazie słyszę skruchę i żal.

- Najbardziej boli mnie to, że zraniłeś mnie celowo, Matt.

- Ty też mi zadałaś ból. – Mówi sztywno. Od wracam głowę w jego stronę.

- Czyli to cios za cios, tak? Bardzo dorosłe, wiesz? – Wzdycham z rezygnacją. – Po za tym, ja niczego nie zrobiłam, byś tak myślał.

- Gdybyś nie zdradziła mnie z pieprzonym komisarzem… – Zaczyna, ale mnie z miejsca trafia szlag i walę go torebką po głowie. Autem za rzuca i z trudem panuje nad kierownicą. Zostajemy obtrąbieni przez innych. – Chcesz nas zabić! – Krzyczy na mnie i zabiera mi torebkę i rzuca na tylne siedzenie.

- Mam to w dupie, Kasey! – Syczę przez zaciśnięte zęby. – Nie będziesz mi zarzucał czegoś czego nie zrobiłam! Już ci to tłumaczyłam, ale to nie dociera do twoje tępego łba! – Wydzieram się na niego, a w głowie coraz mocniej mi pulsuje. Jeszcze mi brakował teraz migreny. – Jak zwykle widzisz to co chcesz! Ja jakoś musiałam to przełknąć kiedy ta blond krowa czepiała się ciebie, a ty od razu mnie zostawiłeś! Masz pojęcie jak to boli?! – Matt hamuje ostro i skręca w lewo.

- Nie będę kretynem, który drugi raz dał się zrobić w bambuko kobiecie. – Mówi zaciętym tonem. Uderzam pięścią w panel.

- Zrobił to specjalnie. Ile razy mam ci to powtarzać?! Nic mnie z nim nie łączy i nie łączyło. Ty mi po prostu nie ufałeś od początku. – Stwierdzam i krzyżuje ręce.

- Ty też. – Burczy.

- Bo nic mi nie mówisz! – Wybucham ponownie. – Nic o tobie nie wiem! Kim był ten facet? Co miał z tobą wspólnego? Co jest w twoje przeszłości takiego, że każe mi według ciebie uciekać z krzykiem? Nawet nic nie wiem o twojej rodzinie! – Wyliczam szybko. – Mam prawo wiedzieć, dlaczego chciał mnie zabić! – Matt zaciska mocno dłonie na kierownicy, aż kostki mu bieleją, ale nic nie mówi. – Sama lepsza nie byłam i nie miałam zaufania do ciebie, ale sam czasami mi dawałeś do tego powody. – Na samo wspomnienie blondyny, aż mnie mdli. – Starałam się, ale ty zachowywałeś się jak obłąkany zazdrośnik i wiecznie mi zarzucałeś zdradę. Wszędzie ją widzisz! – Kończę i wpatruję się tępo w boczna szybę. Tak właśnie jest prawda. Jeśli on cały czas czekał, aż go zdradzę. To od początku my nie mieliśmy podstaw aby przetrwać. Wszystko było pustymi słowami nic więcej, za nimi nie szyły żadne czyny. Jeszcze te narkotyki.

W ciszy pełnej napięcia dojeżdżamy do szpitala. Zdyszani wpadamy na odział położniczy, gdzie jest już reszt naszych znajomych w poczekalni.

- Wiadomo już coś? – Pytam ojca, który chodzi od ściany do ściany.

- Są jakieś komplikacje. – Odpowiada ze ściśniętym gardłem. O nie! Tylko nie to. Wszystko musi być w porządku. Siadam obok Roba, który ma grobową minę. Matt natomiast siada obok Billa. Rob patrzy na mnie potem na niego.

- Znowu się pokłóciliście? – Pyta szeptem, aby nikt inny nas nie usłyszał.

- Mało powiedziane. – Mruczę pod nosem.

- O co?

- O wszystko. – Mówię zrezygnowana i przymykam oczy. Zaczynam masować sobie skronie, bo torebka z lekami została w aucie.

- To wiele mi mówi. – Odpowiada z przekąsem. – Znowu cię boli głowa? – Zmienia temat. – Powinnaś pójść z tym do lekarza.

- To tylko przemęczenie. Nie rób z igły widły.- Rob przewraca oczami, ale nic już nie mówi.

Siedzimy i siedzimy w poczekalni, a atmosfera robi się coraz bardziej napięta. Nikt nic nam nie mówi. Zaczynam obawiać się najgorszego. Minęły już chyba ze dwie godziny. Nawet panowie siedzą cicho i gapią się bezmyślnie w podłogę. Ojciec natomiast nie może usiedzieć w miejscu. Nagle wszyscy słyszymy kroki na korytarzu i wstrzymujemy oddech. Za roga wychodzi Alex. Ojciec natychmiast do niej podchodzi i całuje w policzek na powitanie. Wita się z nami wszystkimi, po czym zmusza ojca aby usiadł obok niej. Robi to nie chętnie, ale jednak. Trzymają się za ręce, a Alex cały czas go cicho podnosi na duchu.

- Idę się czegoś dowiedzieć. – Nie wytrzymuję już i wstaję, ale w tym momencie do poczekalni wpada zdyszany Adian.

- Mam syna! – Krzyczy szczęśliwy. Wszyscy natychmiast rzucają się na niego z gratulacjami. Ojciec próbuje być twardy, ale widzę jak mu się oczy szklą. A panowie debatują nad prezentem dla malucha.

- Możemy zobaczyć już małego i mamuśkę? – Pyta Bill, a Aidan kiwa głową. Więc wszyscy idziemy do sali, w której już leży zmęczona Amy z małym na rękach. Włoski ma takiego samego kolory jak Amy, ale oczy ma Aidana. Ze wzruszeniem patrzę jak ojciec bierze wnuczka na ręce i lekko go kołysze. Potem po kolei każdy go trzyma na rękach, a ten śpi spokojnie jak gdyby nigdy nic. Dopiero na końcu dostaję małego i siadam na fotelu obok łóżka. Zack, Bill, Paul i Rob poszli już i jestem niemal pewna, że jutro przy dźwigają prezenty. Po chwili i ojciec z Alex żegnają się z nami. Matt zostaje, no bo przecież ma moje rzeczy w aucie. Przyglądam się małemu z fascynacją. Nigdy nie miałam podejścia do dzieci. Po prostu nie radzę sobie z bobasami. Czasem nawet zastanawiałam się, czy coś jest ze mną nie tak.

- Do twarzy ci z dzieckiem. – Stwierdza Amy, kiedy oddaję jej małego. – Zrób sobie takiego.

- Ciekawe z kim. – Prycham

- No z Mattem. – Odpowiadam jak gdyby nigdy nic. Szczęka mi opada i spoglądam na nią z nie dowierzaniem, że to powiedziała. Aidan cicho się śmieje, a ja za nim w świecie nie spojrzę teraz na Matta.

- Powiedziała co wiedziała. – Mamroczę zbulwersowana. – Jak dacie mu na imię? – Zmieniam temat.

- Myśleliśmy o Jasonie. – Aidan przypatruje się małemu i przekrzywia głowę na prawo to na lewo. Tak jkaby sprawdzał, czy dobrze leżą na nim śpioszki.

- Ładnie.- Pocieram ręką czoło jakby to miało mi ulżyć i zminimalizować ból. Jest coraz gorzej, a nie chcę przy nich się rozsypać. – Jeszcze raz gratuluję wam. – Całuję ich w policzki. – Na nas już pora. – Zerkam na Matta, który mnie uważnie obserwuje i kiwa głową. Żegna się i razem wychodzimy z sali.

- Twoim zdaniem nie nadaje się na ojca? – Pyta, gdy wchodzimy do winny. Opieram się o poręcz i zaciskam zęby. Zaraz mi czaszkę rozsadzi. Jeszcze parę pięter i wreszcie będę mogła wziąć coś przeciw bólowego.

- A czy ja powiedziałam coś takiego? – Zmuszam się do myślenia i zerkam na niego z ukosa spod przymkniętych powiek.

- A to prychanie na słowa Amy. – Zauważa szybko.

- To co innego było. – Zerkam na niego spod przymkniętych powiek. – Pewnie będziesz wspaniałym ojcem.

- Tylko? – Czy on kiedykolwiek odpuszcza.?

- Tylko nie naszych dzieci. – Mówię z żalem. Jakoś dziwnie się czuję. To nie jest zwykła migrena jak ostatnio. Nogi mam jak z waty i strasznie mi duszno. Co do diabła? Matt coś do mnie mówi, ale nie słyszę go. – Matt… – Wyduszam słabo. Robi mi się ciemno przed oczami i czuję jedynie jak osuwam się po ścianie.

 

- Słyszy mnie pani? – Ktoś mi świeci czymś w oczy. Krzywię się i próbuję to natręctwo od siebie odsunąć. Otwieram szerzej oczy i stwierdzam, że pochyla się nade mną starszy pan w białym kitlu. Spoglądam na niego pytająco. – Straciła pani przytomność. Jest pani w szpitalu. – Mówi łagodnie i zaczyna mierzyć mi ciśnienie. Rozglądam się po pomieszczeniu i dostrzegam stojącego przy drzwiach Matta. Wygląda na zmartwionego. Przenoszę z powrotem wzrok na doktora i odpowiadam na zadane przez niego pytania. Denerwuje mnie to, że temu wszystkiemu przysłuchuje się Matt. Wolałabym, aby wszystko zostało między mną i lekarzem.

- Powinna pani skontaktować się ze swoim lekarzem i zrobić badania. – Mówi kiedy wypisuje mi receptę. – No i zalecam więcej odpoczynku, przy tak aktywnym życiu zawodowym. Być może to tylko przepracowanie, ale lepiej dmuchać na zimne. Prawda panno Mendez? – Wręcza mi receptę i uśmiecha pokrzepiająco.

- Tak Tak. – Zgadzam się z nim i odbieram kartkę.

- Proszę się zaopiekować, panie Kasye. – Lekarz zwraca się do Matta, który kiwa głową. Patrzę na jednego i drugiego spod byka, ale nie komentuje tego. Dziękuję mu i wychodzę, a za mną Matt. W ciszy wychodzimy z budynku i idziemy do zaparkowanego auta po przeciwnej stronie drogi.

- Zabieram swoje rzeczy i znikam. – Mówię do jego pleców. Odwraca się do mnie z zaskoczoną miną.

- Odwiozę Cię do domu. – Mówi twardo. Ogarniam grzywkę z twarzy i spoglądam na niego buntowniczo. – Przypominam ci, że nie mam twoje rzeczy w aucie. – Zaciskam usta w wąską linię z niezadowolenia. Nie cierpię być na czyjejś łasce. Zwłaszcza na jego. Szukam w głowie jeszcze innego rozwiązania z tej sytuacji. – Chyba nie chcesz denerwować ojca ani brata swoim telefonem, prawda? – Dodaje widząc jak usilnie próbuję coś wymyślić. Cholera! On umie czytać w myślach czy co?

- Nie chcę. – Przyznaję z niechęcią. Widzę jak drgania mu usta od powstrzymywanego uśmiechu. Jeden zero dla ciebie dupku. Dodaję ze złością w myślach.
Wsiadam do auta i zapinana pasy, a wzrok wbijam w boczną szybę. Matt odpala silnik i ruszamy.

- Niepokojące są twoje częste bóle głowy, a do tego dzisiejsza utrata przytomności. Co się z tobą dzieje, Gabi? – Wiem, że na mnie patrzy kiedy stoimy na światłach.

- Nic co powinno Cię obchodzić. – Mówię twardo do szyby.

- Nie rób z siebie zimnej suki, bo to nie pasuje do ciebie.

- Może powinnam skoro ty jesteś draniem. – Syczę jadowicie. Nie odpowiada i resztę drogi pokonujemy w ciszy. Gdy parkuje pod moim mieszkaniem zabieram torebkę i wysiadam z auta, bez słowa. Wpadam do holu, gdzie wita mnie zaskoczone spojrzenie portiera. Kątem oka widzę, że Matt idzie w moja stronę i beztrosko wymachuje moimi kluczami. Szlag by go wreszcie trafił! Chcę mu je zabrać, ale ten chowa je do kieszeni. Opieram się o ścianę obok windy i wzdycham ciężko. Nie ma na to siły. Czuję jak kolana mi drżą i muszę się wspierać o ścianę, aby nie upaść. Matt widząc co się dzieje chwyta mnie w pasie i podtrzymuje w pionie. 

- Sama sobie poradzę. – Staram się, aby mój głos brzmiał ostro, ale chyba mi nie wyszło. Wchodzimy do winy i czy chcę czy nie opieram się o niego, bo czuję że naprawdę zaliczę za moment glebę.

- Doktor kazał mi się tobą zaopiekować. – Mówi spokojnie i otwiera moimi kluczami drzwi.

- Od kiedy jesteś tak posłuszny? – Sapię z sarkazmem, kiedy wreszcie siadam na kanapie. Matt znika w kuchni, a ja zapadam się głębiej w kanapę i staram się odprężyć. Dobrze, że ten dzień wreszcie się kończy. Jedyna dobra wiadomość dzisiejszego dnia, to to że mam bratanka. O reszcie chciałabym zapomnieć.

Kiedyś może życie wydawało się być cudownie nie skomplikowane. Miałam narzeczonego, który podobno mnie kochał. Co prawda z rodziną byłam na bakier i praca nie była szczytem moich marzeń, ale miałam tak ogólnie rzecz biorąc spokojne życie. Teraz jest zupełnie inaczej. Wygrałam z chorobą. Otworzyłam własny biznes i pogodziłam się z ojcem. Jednak jedna rzecz się nadal nie zmieniła. Nie mogę znaleźć miłości. Myślałam, że Matt będzie tym jedynym, ale wyszło inaczej. Marzyłam o tym, że będziemy mieć dzieci i że razem się zestarzejemy. Jednak to tylko marzenia. Teraz z biegiem czasu, wiem że nie potrafiłam otworzyć się do końca, bo się bałam. Wkurzający jest ten strach i nigdy nie chciałabym go czuć, ale nie da się go uniknąć. To cześć życia. Dzięki Mattowi odżyłam i poznałam chłopaków, bez których teraz nie wyobrażam sobie życia. Uśmiecham się smutno pod nosem na wspomnienie ostatniego wypadu do domku nad jeziorem. Wydawało mi się, że wszystko zaczyna się układać między nami, a potem zderzyłam się z betonowym murem.

- Zrobiłem dla ciebie kanapki i gorącą herbatę. – Do rzeczywistości przywraca mnie głos Matta. Otwieram oczy i widzę jak stawia na stoliku przede mną, parujący kubek i talerzyk z kanapkami. – Co się stało? – Wpatruje się we mnie przerażony. A ja uświadamiam sobie, że po policzkach płyną mi łzy. Do diabła! Stałam się chodzącym wodospadem.

- Nic się nie stało, Matt. – Opuszczam wzrok i próbuję wstać, ale mnie powstrzymuje.

- Przecież widzę, że płaczesz. – Kładzie mi rękę na ramieniu i błądzi badawczym wzrokiem po mojej twarzy. W moim gardle pojawia się gula i do oczy dopływa kolejna porcja łez. Czuję ogromny smutek i żal. Tak bardzo chciałabym, żeby było jak dawniej, ale tak już się nie stanie. Nigdy. Tęsknię za nim. Za jego ramionami, za wspólnym mieszkaniem. Czuję niemal fizyczny ból w klatce piersiowej. Na jego twarzy teraz paluje się przerażenie.

- Jezu.. nie chciałem cię zranić. Nie płacz z mojego powodu. - Ostrożnie przykłada dłoń do mojego policzka i przekręca moją twarz. Wygląda na skruszonego i zawstydzonego.

- To nie dlatego.

- Źle się czujesz? – Kręcę przecząco głową. Nagle jego zatroskanie znika i zastępuje je przerażenie. Nim się orientuję co się dzieje, Matt siada obok mnie i mnie przytula. Całe moje ciało się spina i chce się odsunąć jak najdalej, ale trzyma mnie w żelaznym uścisku. – Przepraszam. Przepraszam. – Szepcze mi do ucha. 

***

37. To co widać na pierwszy rzut oka, nie zawsze jest takie jakim się wydaje.

- Tato! Uważaj. – Chwytam go za nadgarstek kiedy po raz drugi ma zamiar użyć tabasco. Lubię ostre, ale mimo tego chce wyjść z kolacji żywa. Przyszłam wcześniej, aby ojcu pomóc w przygotowaniach i wygląda na to, że dobrze zrobiłam, bo ojciec to jeden kłębek nerwów. Stłukł już dwa talerze, więc wyręczyłam go w przygotowywaniu stołu dla gości. Kto by się spodziewał, że tak opanowany na co dzień wielki biznesmen, może być tak zdenerwowany i tylko dlatego, że przedstawi dzieciom swoją dziewczynę.

- Wiesz co? Ty idź się ogarnij, a ja popilnuję garnków. – Proponuję, kiedy po raz drugi sprzątam mu sprzed nosa buteleczkę z tabasco.

- No dobra. – Zgadza się nie chętnie i wychodzi z kuchni. Patrzę za nim i kręcę głową z niedowierzaniem. Dziś będzie ciekawy wieczór.

Ustaliłam z Robem, że na kolację spóźni się odrobinę ze swoja mamą. Muszą być wszyscy przed nimi, aby ich dwójka miała wielkie wejście. Rob twierdzi, że mi kompletnie odbiło i sam przypomina mi mojego ojca w tej chwili. Nie rozumiem czym się tak denerwuje. Dla pozostałych to będzie niezły szok i coś czuje, że hit tego roku. Panowie z zespołu będą mieli z czego żartować, dzięki czemu atmosfera się rozluźni. Wysłałam zbiorowy mail do chłopaków z zaproszeniem kolację. Wszyscy odpowiedzieli twierdząco, oprócz Matta który nic nie odpisał. Przyznam, ze była lekko zwiedziona. Skoro chce się jakoś do gadać, to to miała być swego rodzaju gałązka oliwna.

- Którą koszulę założyć? – Wzdrygam się i patrzę na ojca, który macha przed mną koszulami.

- Mam rozumieć, że do tych spodni? – Wskazuję na niego. Zerka w dół i ponownie patrzy na mnie.

- No tak. – Mówi powoli.

- Czarną. – Decyduję.

- Czarną? – Krzywi się.

- No tak. – Powtarzam po nim. – Będziesz w niej świetnie wyglądał. – Dodaję puszczając mu oczko. Spogląda krytycznie na koszulę i w końcu potakuje głową. Jestem nie co zaskoczona, bo nigdy nie pytał mnie o radę.

Po 15 minutach wpada do kuchni w pełni ubrany, wypachniony i ogolony. Rękawy podwija do łokci i zabiera się za kończenie potraw. Widzę, ze prysznic dobrze mu zrobił bo wróciła jego pewność siebie i opanowanie. Całe szczęście! Już myślałam, że w tym tempie dorobi się stanu przed zawałowego.

- Idę się przygotować. – Machnięciem ręki wygania mnie. Pokazuję mu język i wymaszerowuję z kuchni. Biorę torebkę z salonu i zamykam się w łazience. Zerkam na swoje odbicie w lustrze i wyjmuje kosmetyczkę.

Gdy ostatnimi ruchami pędzla kończę się malować, słyszę dzwonek do drzwi. Pierwsi goście już przyszli. Na dzisiejsze przedstawienie wybrałam klasyczny zestaw. Zwykłe dżinsy i ciemną zieloną koszulę z głęboki dekoltem. A do tego botki na wysokim obcasie. Nie ma co się stroić, bo nie ma też dla kogo. Spryskuję się perfumami i zakładam kolczyki. Oglądam się jeszcze w lustrze. Jest dobrze i nie z przesadą. Gdy wychodzę z łazienki dochodzi mnie gwar rozmów  z salonu. Chowam torebkę w szafie w przedpokoju i dołączam do reszty.

- Opowiedz nam coś o niej. – Prosi Zack mojego ojca. Bill i Paul spoglądają na niego z ciekawością. Prosiłam ich, aby zachowywali się w miarę przyzwoicie, bo żeby całkowicie przyzwoicie to jest jest akurat nie możliwe. Z resztą panowie bardzo się polubili z moim ojcem i z tego co wiem, to od czasu do czasu wychodzą razem na mecze. Kompletnie nie rozumiem co oni widzą w sporcie, ale grunt że się dogaduję. Gdy tak sobie na nich patrzę, to nawet nie wiem kiedy zaczęłam ich traktować jak braci. Nie wyobrażam sobie bez nich życia, choć są czasami wkurzający.

- Ma na imię Alex. – Chłopaki nie wytrzymują i zaczynają się śmiać, a ojciec piorunuje ich wzrokiem.

- Wybacz, ale Alexandrze, ale to się nazywa zbieg okoliczności. – Rechocze się Bill. Żebyś wiedział jeszcze jaki. Dodaję w myślach.

- To prawda. – Zgadza się z nimi ojciec i bierze łyk bursztynowego płynu. – Po za tym, ma syna mniej więcej w waszym wieku. – Gdy to mówi niemal się dławię winem.

- Też przyjdzie? – Dopytuje się Zack. Ojciec przytakuje.

- Gabi może ci wpadnie w oko. – Szczerzy się Bill i puszcza mi oczko.

- Kto wie. – Robię to samo co on, a ten mruży podejrzliwie oczy.

- A co z Mattem? – Pyta głośno ojciec, odwracając uwagę Billa ode mnie.

- Nic. Powiedział, że ma jakieś sprawy do załatwienia. – Zack wzrusza ramionami i zagaduje ojca o ostatni mecz Lakers-ów. Tego akurat nie muszę słuchać. Nie wiem czemu nadal łudzę się nadzieją, że jakoś da się jakoś nam funkcjonować razem. Pogodziłam się z tym, że nic między nami nie będzie. Ja zawaliłam sprawę i on też, ale do cholery nie możemy siebie unikać bez końca na różnego rodzajów przyjęciach. Ja się postarałam choć to dla mnie bolesne i niezręczne.

Gdy odzywa się dzwonek do drzwi, ojciec pędzi jak na złamanie karku czym wywołuje u panów slawy śmiechu. No poczekajcie jak wy tak wpadniecie po uszy. Chciałabym zobaczyć ich w takim wydaniu. Pewnie bym doznała szoku. Heh. Po kilku minutach do salonu wchodzi rozpromieniona Amy oraz Aidan, któremu z miejsca wciskam szklankę z drinkiem. Patrzy na mnie z wdzięcznością. Obserwuje go tak chwilkę i wygląda na strasznie zmęczonego. Może powinien zmienić pracę, skoro tak go wykańcza? Nie długo poród i będzie potrzebny Amy żywy Aidan, a nie trup. Wszyscy sadowią się wygodnie w salonie z drinkami i prowadzą luźne rozmowy. Jak ognie unikam wzroku Amy, bo wiem że wszystko by ze mnie wyczytała jak z otwartej karty i zaczęła zasypywać pytaniami.

- Twoja wybranka coś się spóźnia. – Zauważa złośliwie Paul.

- Jak to kobiety. – Opowiada ze spokojem, ale widzę że często zerka na telefon.

- Może się wystraszyła i nie przyjdzie. – Odzywa się Zack z kanapy. Chciałabym go kopnąć za to, ale za daleko siedzę. Po co go bardziej denerwuje?

- Przyjdzie. – Stwierdzam z całą pewnością siebie, czym zwracam na siebie uwagę innych.

- A ty skąd to wiesz cwaniaro? – Pyta podejrzliwie Zack. Na szczęście od odpowiedzi uwalnia mnie dzwonek do drzwi. Wszyscy nagle staję się podekscytowani. Ojciec nagle sztywnieje i szybkim krokiem opuszcza salon. Sekundy wloką się nie miłosiernie, a mi chce się coraz bardziej śmiać. Po chwili słyszę zbliżające się kroki i wstrzymuję oddech. Za rogu wyłania się średniego wzrostu brunetka o miłej twarzy i niesamowicie zielonych oczach, a za nią stoi Rob. Ojciec wręcz cały promienieje. Zatrzymują się w progu.

- Poznajcie Alex. Moją dziewczynę. – Mówi z szerokim uśmiechem. Nim się obejrzę, a Aidan i Amy witają się z nią serdecznie a panowie nagle zrobi się szarmanccy. Co u nich niespotykane objaw. Przez chwilę wstrzymała oddech, bo przecież oni mogli już wcześniej poznać matkę Roba, że też wcześniej o tym nie pomyślałam. Jednak widząc ich reakcję oddycham z ulgą. Nie mieli okazji się wcześniej poznać.

- A gdzie pani syn? – Pyta z zainteresowaniem Amy, gdy się od niej odrywa. Jak na zwolnionym filmie Alex odwraca się do tyłu, gdzie stoi do tej pory nie zauważony Rob i chwyta go za ramię. Wygląda, że zaraz wybuchnie śmiechem. Całe szczęście, że przestał świrować.

- Poznajcie mojego syna, Roba. – Przedstawia go Alex.

- Ty.. ? – Wydusza ojciec.

- Rob!? – Woła reszta chórem i wszystkim jak na komendę opada szczęka, a w salonie panuje głucha cisza. Wpatrują się na zmianę w Roba i jego matkę oraz kompletnie ogłuszonego ojca. Minuty się wloką, a nikt się nie odzywa. Więc występuje przed szereg zdrętwiałych osób. Z szerokim uśmiechem na twarzy podchodzę do zdezorientowanej Alex.

- Witam. Jestem Gabriela. – Wyciągam go niej dłoń i uśmiecham się ciepło. – Miło mi panią poznać.

- Mnie ciebie również i mów mi po imieniu.Alex. – Odwzajemnia się nie co zmieszana.

- Nie denerwuj, się Alex. – Uspokajam ją, bo widzę że kobieta pewnie myśli, dlaczego u licha tak wszyscy dziwnie patrzą na jej syna. – Widzi pani, my wszyscy się znamy. – Wskazuję ręką na pozostałych, którzy jeszcze nie doszli do siebie. Rob się do mnie szczerzy i podnosi dłoń do góry, po czym przybijamy sobie piątki. Mój przyjaciel wyciąga telefon z kieszeni i strzela im kilka fotek.

- Będzie pamiątka. – Stwierdza z zadowoleniem.

- Skąd wiedzieliście? – Pyta chórem Alex i ojciec, który wreszcie odzyskał głos.

- Przyłapałem was we czwartek jak się obściskiwaliście w kawiarni. – Odpowiada Rob ze spokojem. – Przyznam, że byłem w nie lada szoku. – Szczerzy się.

- To dlaczego byłeś taki wkurzony w piątek?  - Bill patrzy na niego nie rozumiejącym wzrokiem.

- Bałem się jak na to zareaguje Gabi, ale okazało się że przyjęła to o wiele lepiej od was wszystkich. – Trąca mnie łokciem.

- Wiedziałaś i nic nie powiedziałaś? – Wreszcie głos odzyskuje Aidan i ciska w moja stronę gromy.

- Oczywiście, ale powiem wam warto było. Miny macie przednie. – Śmieję się z nich.

- Niezły numer, Mendez. – Chwali mnie Zack. – Oficjalnie zostałeś przyjęta do naszego grona walniętych muzyków.

- Oh, dziękuję ci. – Puszczam mu całusa i kiwam mu głową. Wszyscy gapią się na nas, jak byśmy stracili rozum i pewnie tak jest, ale po chwili się rozluźniają i zaczynają z całej sytuacji żartować.

- Rob już nie umówisz się z Gabi, bo to by było kazirodztwo. – Zaczyna Bill i klepie go pocieszająco po ramieniu. Wciskam Robowi szkocką i stukamy się szklankami. Od razu wypija całą zawartość i spogląda morderczym wzrokiem na Bill. No i się zaczyna.

- Jakoś będziemy musieli zdusić to uczucie. Prawda braciszku? – Mrugam słodko do Roba, który przewraca oczami i nalewa sobie kolejną porcję bursztynowego płynu.

- Prawdę mówiąc to spotykam się już z kimś. Wybacz mi, Gabi. – Ponownie wszystkich zatyka. Nie wiedziałam, że kogoś ma. Mam nadzieję, że to ta jedyna.

- Wybaczę ci, jak mi o niej wszytko opowiesz. – Stwierdzam i wypijam wino do dna. Alex z ojcem zaszyła się w kuchni. Mniemam, że muszą parę rzeczy obgadać. Natomiast Aidan wygląda jakoś dziwnie. Chyba nie do końca jeszcze to do niego dotarło. Puszczam mu oczko, a on kręci z politowaniem głową.

- Zapraszam do stołu! – Woła ojciec i w tej chwili zaczyna dzwonić po raz kolejny dzwonek do drzwi.

- Otworzę! – Krzyczę, a resztę zaganiam do jadalni. Raźnym krokiem przecinam salon i przechodzę przed korytarz i po chwili zatrzymuję się przed drzwiami wejściowymi. Włączam światło w przed pokoju i odsuwam zamek. Otwieram drzwi i mnie zamurowuje na widok Matta stojącego w progu z butelką winna. Taksuje go wzrokiem. Wow! Marynarka i bordowa koszula. Postarał się jak na taką luźną kolację.

- Przepraszam, że tak późno. – Tłumaczy się ze skruchą.

- Ehym. Nic nie szkodzi. Wejdź. – Otwieram szerzej drzwi i wpuszczam go do środka. Mija mnie, a ja zamykam drzwi za nim. Wow! Krzyczę w myślach. – Jesteśmy w trakcie pierwszego dania, więc nic nie straciłeś. – Dodaję, kiedy go mijam i prowadzę do reszty.

- Mam fart. – Stwierdza z lekkim uśmiechem. – Pięknie wyglądasz, Gabi.

- Yyy dziękuję. – Niespodziewany komplement z jego ust prawie mnie zwala z kolan, a może to wina wypitego wina? Nie sądziłam, że stać go na takie uprzejmości, po tym wszystkim.

- Mamy kolejnego gościa. – Oznajmiam, gdy tylko przekraczam próg jadalni. Wskazuję na Matta i znikam w kuchni, by przynieść kolejne nakrycie. Słyszę po chwili śmiechy, więc domyślam się że już przeżył szok jak reszta wcześniej. Nalewam sobie kieliszek winna i wypijam do o raz, po czym biorę się w garść i wracam do gości. Matt zdążył już zając miejsce i o zgrozo obok mnie. Jak gdyby nigdy nic nakrywam dla niego miejsce i siadam, obrzucając przy tym Roba krótkim spojrzeniem. On natomiast uśmiecha się niewinnie. Czyli to jego sprawka! Uduszę go gołymi rękoma! Nie mając wyjścia siadam między nimi i znowu nalewam sobie wina.

Kolacja przekształciła się raczej w imprezę i chłopaki zaczynają szaleć, choć rzucane co jakiś czas ostre spojrzenia ojca ich trochę powstrzymują przed rozwinięciem skrzydeł. Natomiast ja z Robem, opróżniam już drugie wino i już mi lekko szumi w głowie. Matt siedzący obok mnie rozmawia z Aidanem i Amy, która co jakiś czas rzuca mi znaczące spojrzenia. Nie wiem o co jej chodzi i nawet w sumie nie chcę tego wiedzieć, jeśli ma to związek z pojawieniem się Matta.

- Chyba nie chcesz się upić? – Mówi mi cicho do ucha Matt. Nie wiele brakowało, a bym wylała na siebie winno. Odwracam się w jego stronę.

- A jeśli nawet, to co? – Pytam zadziornie. Kasey unosi go góry jedną brew.

- Chyba nie chcesz tu nocować, bo że Alex będzie tu spać to wiadome samo przez się. – Zerkam ukradkiem na ojca i matkę Roba i stwierdzam, że za nic w świecie tu nie zostanę, gdy się to do siebie kleją. Mniemam, że już się nieźle wstawili. Nigdy nie widziałam ojca w takim stanie. Aidan też przygląda się im ze zmarszczonymi brwiami.

- No cóż, są jeszcze taksówki. – Stwierdzam rezolutnie i opróżniam do dna ostatni kieliszek. Matt uśmiecha się lekko  i wraca do rozmowy z Aidanem.

Wkrótce goście rozchodzą się jeden po drugim i zostałam tylko ja, Rob i ku mojemu zdziwieniu Matt. Rob już nie nadaje się do niczego i leży na kanapie , a Matt pomaga mi w sprzątaniu ze stołu. Ojciec i Alex zmywają naczynia.

- Zamówiłam taksówkę dla Roba. – Odzywa się Matt, kiedy składam biały obrus.

- Świetnie, bo nasza królewna zaraz odpadnie. – Wskazuje głową salon. Matt się śmieje i opiera się o futrynę.

- Co myślisz o Alex?

- Wydaje się być miła, a ojciec wygląda na szczęśliwego. Pozostaje mi się cieszyć. – Kładę złożony materiał na brzegu stołu i się przeciągam. – Kto wie, może zyskam brata jeśli się ożenią. – Matt parska śmiechem.

- Myślałam, że już jestem dla ciebie jak brat. – Nagle za Mattem pojawia się Rob z mętnym wzrokiem. Odzywa się telefon Matta. Taksówka już czeka na niego.

- A ja jestem dla ciebie jak siostra? – Pytam, gdy do niego podchodzę i obejmuję w pasie.

- Oczywiście! – Mówi głośno. – Kocham cię, Gabi. – Mówi to tak poważnie, że ledwo powstrzymuję śmiech. Rob żegna się z moim ojcem i matką, po czym razem idziemy do drzwi. Pomagam mu założyć kurtkę i wciskam do kieszeni jego klucze i telefon.

- No, bracie. Czas na ciebie. – Stwierdza Matt i otwiera mu drzwi. Żegna się z nami wylewnie i znika w windzie. Mam nadzieję, że w niej nie zaśnie. Wracamy do kuchni, gdzie nasze ptaszki się całują.

- Ehym. – Chrząkam znacząco. Natychmiast się od siebie odsuwają i spalają buraka. – Było miło, ale na mnie już pora.

- Na mnie tak samo. – Odzywa się za moimi plecami Matt. Tak więc żegnamy się z nimi i szybko opuszczamy mieszkanie ojca. Nawet nie chcę wiedzieć co się będzie po moim wyjściu tam dziać.

- To ja będę uciekać do siebie. – Nagle zrobiło mi się nie zręcznie, gdy tak stoimy w ciszy przed budynkiem i bynajmniej jego natarczywe spojrzenie nie pomaga mi. – Do jutra. – Żegnam się zdawkowo i podchodzę do krawężnika. Macham na nadjeżdżającą taksówkę, która postanowiła mnie olać. No to trochę sobie tu poczekam.

- Może się przejdziemy? – Proponuje nagle Matt. Zaskoczona oglądam się na niego i zamieram w bez ruchu. Spogląda na mnie wyczekująco z lekkim uśmiechem. Ten wieczór obfituje w same rewelacje i jak na razie końca ich nie widać. Nie jestem pewna, czy jest to akurat dobry pomysł.

- No dobra. – Mówię powoli, przyglądając się mu podejrzliwie. Opuszczam rękę i podchodzę do niego, po czym bez słowa ruszamy ramię w ramię. Idziemy blisko siebie, ale jakimś cudem nie stykamy się choćby nawet płaszczami. Opatulam się mocniej szalikiem, kiedy zaczyna wiać zimny wietrzyk. Idziemy tak w ciszy i zastanawiam się, czy on się kiedykolwiek odezwie. Myślałam, że będzie chciał pogadać o płycie, czy też o Alex i moim ojcu, a tu nic. Co jakiś czas zerkam na niego ukradkiem i próbuje w głowie sklecić jakieś sensowne zdanie, ale jakoś po tym winie mi to nie wychodzi i odpuszczam.

W końcu po godzinie docieramy pod moje mieszkanie. Zatrzymujemy się pod daszkiem przy drzwiach wejściowych, który ochrania nas przed lekką mżawką.

- Dzięki za spacer, obfitujące w pełne wrażeń milczenie. – Mówię nie co złośliwie.

- Cała przyjemność po mojej stronie. – Odpowiada z uśmiechem. Liczyłam na nie co inna odpowiedź.

- W takim razie do jutra, Matt. – Wzdycham ciężko i ruszam w kierunku drzwi. Jednak Matt zatrzymuje mnie, chwytając za rękę.

- Gabi… – Zaczyna cicho, a mnie aż ten ton mrozi krew w żyłach a serce mało nie wyskoczy z piersi. Widzę jak bije się z myślami i chciałby jeszcze coś powiedzieć. – Dobranoc, Gabi. – Mówi w końcu i zwalnia uścisk, po czym odwraca się i odchodzi. Gapię się na jego oddalające plecy i próbuję zrozumieć co się przed chwilą właściwie stało.

- Wszystko w porządku, panno Mendez? – Wystraszona podskakuję w miejscu, a w otwartych drzwiach stoi portier.

- Tak, wszystko w porządku. – Otrząsam się natychmiast. Portier otwiera dla mnie szerzej drzwi. Rzucam ostatnie spojrzenie w kierunku, w którym odszedł Matt i wchodzę do środka.

***

Prace nad płytą szły pełną parą. Nawet w soboty jechałam do studia, aby z chłopakami pracować Zabierałam ze sobą pracę, aby podczas przerw pracować. Ślub, wesele Megan i Nicka mam już w najmniejszych szczegółach zaplanowane i biorę tylko te zlecenia, gdzie klienci chcą abym to ja się nimi osobiście zajęła. Carol I Phil przejęli część moich obowiązków i muszę przyznać, że radzą sobie z tym świetnie. Oczywiście dostają za tą pracę odpowiednie wynagrodzenie. Jednak i to nie pomogło, ponieważ i tak mam mnóstwo pracy. Nie sądziłam, że nagrywanie płyty jest tak czasochłonne i męczące. Mam nadzieję, że skończy się to szubko, bo padam na twarz ze zmęczenia.

- Przerwa! – Za żądza wkurzony Zack. Przez ostatnie pół godziny panowie kłócili się zażarcie i nawet nie wiem o co, więc ucieszona że mam chwile na oddech pierwsza opuszczam pokój nagrań. Zaparzam pełen dzbanek kawy, a sama siadam po turecku w fotelu ze szklanką wody. Powolnymi ruchami zaczynam pasować skronie, bu czuję nadciągającą migrenę. Sprawy nie polepszają krzyki dochodzące z korytarza. Krzywię się i w końcu sięgam do swojej torebki i wyjmuję pastylki przeciw bólowe. W tym momencie z hukiem pada do pokoju Rob a za nim Bill, nadal się kłócąc. Wyjmuje dwie pigułki i je połykam, popijając wodą.

- Na co to? – Nagle Rob przerywa i zwraca się w moja stronę. Wskazuje na buteleczkę w mojej dłoń.

- Przeciwbólowe. Głowa mnie boli od tych waszych krzyków. – Mówię z irytowana i szybko chowam ją do torebki.

- Coś ostatnio często cię ona boli. – Zauważa Bill. Patrzę najpierw na jednego, a potem na drugiego.

- O co wam chodzi?

- Trochę to niepokojące, Gabi. – Marszczę brwi. Każdego na prawo boleć głowa. Robią igły z widły. Jak zwykle z resztą.

- Co jest niepokojące? – Do pokoju wchodzi Matt. No pięknie. Jeszcze jego tu brakowało.

- Nic. – Burczę ze złością i wychodzę na balkon. Siadam na jednym z wiklinowych foteli i podciągam kolana pod brodę. Jacy oni ostatnio zrobili się czepialscy! A to założyłam bluzkę zbyt głębokim dekoltem i ich rozpraszam, a to dżinsy zbyt bardzo opinają mój tyłek, a teraz bo głowa mnie boli. Jakby się tak nie wydzierali od paru dni to by się tak źle nie czuła. Opieram głowę o kolana i zamykam oczy. Chwila ciszy to jest to.

- Przyniosłem ci sałatkę. – Słyszę nad głową i się krzywię. Otwieram oczy i w tym samym momencie przede mną ląduje jedzenie na stoliku i ku mojemu zdziwieniu Matt siada na fotelu obok z kubkiem kawy.

- Dzięki. – Mówię z wdzięcznością i zabieram się za jedzenie.

- Może powinnaś wziąć trochę wolnego i odpocząć. – Mówi powoli.

- Idę o zakłada, że chłopaki cię wysłali. – Zerkam na niego z ukosa, ale ten zachowuje inie wzruszony wyraz twarzy i obserwuje mnie jak jem.

- Sam się przysłałem. – Prycham.

- Akurat. – Dziabię bezlitośnie pomidora widelcem, jakby to on był wszystkiemu winien.

- Martwię się o ciebie, Gabi. – Ooo! A to ciekawe od kiedy? Od pamiętnego wieczoru praktycznie się do mnie nie odzywa, no chyba że wymaga tego praca i tyle. Myślałam, że się obraził czy coś, ale Rob twierdzi że Kasey tak ma, więc przestała sobie nim zawracać głowę i prawdę mówiąc dobrze mi to zrobiło. Przestałam mieć idiotyczne wyrzuty sumienia i doszłam do wniosku, że to nie dla nas jest związek. Odpuściłam i pogodziłam się z tym, choć łatwe to nie było.

- Nie potrzebnie, Matt. Wszystko jest w porządku. – Patrzy na mnie nieprzekonany moimi słowami. – Serio. – Dodaję.

- Mów co chcesz, ale ja widzę co innego. – Oświadcza stanowczo. Mam tego dość, po prostu niech się ode mnie odczepią i skupią na pracy.

- To co widać na pierwszy rzut oka, nie zawsze jest takie jakim się wydaje. – Mówię ostro. Matt zaciska usta w wąską linię. Nie trudno się domyślić o co mi chodzi. – Z resztą nie ważna. Ja chcę tylko wiedzieć, kim był ten mężczyzna? Co masz z nim wspólnego i dlaczego mnie prześladował. Nic więcej. – Matt otwiera już usta, aby mi odpowiedzieć ale przerywa mu Paul.

- Gabi masz gościa. – Mówi i znika. Kto to może być? Rzucam wściekłe spojrzenie Kaseymu, gdy go mijam i idę zobaczyć kto to jest. Gdy wchodzę do pokoju wypoczynkowego chłopaki obrzucają mnie dziwnymi spojrzeniami. Marszczę brwi i otwieram drzwi, o przeciwległą ścianę opiera Jason Wayn.

- Dzień dobry, Gabrielo. – Obdarza mnie szerokim hollywódzkim uśmiechem. A ten co tu robi i czego chce? – A to piękne kwiaty dla pięknej kobiety. – Podaje mi bukiet, który odbieram zdrętwiałymi dłońmi.

- Witam. Panie Wayn. – Wykrztuszam z siebie w końcu.

- Długo panią szukałem. Nie chciałem wierzyć plotką, a jednak to prawda że współpracuje pani z zespołem. – Zerka przez moje ramię, gdzie za pewne reszta uważnie przysłuchuje się naszej rozmowie. Ustaliliśmy, że na razie zachowamy naszą współpracę w tajemnicy, więc ciekawe skąd takie plotki.

- Niech pan nie wierzy plotką. – Uśmiecham się lekko.

- A więc co pani tu robi? – Pyta podejrzliwie. Zaczyna mnie irytować ten facet.

- Jeśli przyszedł pan do chłopaków, to są tam. – Wskazuję kciukiem za siebie. – A jeśli do mnie to słucham o co chodzi. – Stawiam sprawę jasno.

- Przyszedłem do pani. – Odzywa się po krótkiej ciszy. – Jeśli jest pani wolna, to chciałbym zaprosić panią na kolację. – Tak samo jak ja przechodzi od razu do rzeczy. Jednak coś mnie w nim niepokoi.

- Mam rozumieć, że ma pan dla mnie kolejne zlecenie? – Pytam kokieteryjnie. Niech sobie nie myśli, że tak łatwo odpuszczę.

- Źle się zrozumieliśmy. Zapraszam panią na randkę. – Chwyta moja dłoń i całuje ją cały czas na mnie patrząc i on myśli, że się na to nabiorę?

- Myślałam, że ma pan żonę. – Patrzę na niego nic nie rozumiejąc, a za plecami słyszę śmiech który szybko przekształca się w kaszel. Jason nie co się miesza.

- Nie układa się nam za dobrze. – Przyznaje ze smutkiem. No po prostu urodzony aktor.

- Przykro mi, ale to nie zmienia faktu, że ma pan żonę. – Powili narasta we mnie gniew. Jak on ma czelność przychodzi tu i zapraszać mnie na randkę, skoro ma żonę?! Co za palant.

- Mimo wszystko to tak jakbym jej nie miał. – Wzrusza ramionami. – Proszę o niej zapomnieć i pomyśleć o kuszącym zaproszeniu na kolacją, Gabrielo? – Patrzy na mnie błagalnie.Nie wierzę w to co słyszę że też taki element chodzi po ziemi. Coś mi mówi, że nie jedna dała się nabrać ty słodkim słówkom i się z nim przespała. Rzucam w niego kwiatami, które łapie w lot i patrzy na mnie nic nie rozumiejącym wzrokiem.

- Proszę je dać żonie i ją zabrać na kolację. – Mówię ostro i odwracam, aby odejść.

- Gabrielo! – Woła za mną. – Jesteśmy do siebie stworzeni. Od kiedy cię poznałem, myślę tylko o tobie. – Cała sztywnieję słysząc te bujdy. Czyżby następny wariat? Nim się odwracam w progu chwytam wkurzone miny panów. Lepiej by było, gdyby się do niego nie dobrali.

- Odbiło panu!? Nie jestem panem za interesowana. Czy to dociera do pana?! – Syczę rozeźlona. – Niech się pan lepiej zajmie za naprawę swojego małżeństwa, a nie za lataniem za dupami. Żegnam. – Kończę i zatrzaskuje mu drzwi przed nosem. Patrzę po reszcie, która wpatruje się we mnie z rozdziawionymi ustami.

- Co za palant! – Wybucham i kręcę z niedowierzania głową.

- Ale mu nagadałaś! – Woła zachwycony Rob, a pozostali jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przytomnieją i zaczynają się śmiać.

- Za każdym, gdy myślę że cię znam ty wyskakujesz z czymś takim, że zmieniam zdanie. – Bill podchodzi do mnie z uwielbieniem w oczach i chwyta za dłonie i je całuje. – Powinnaś śpiewać rock przy takim temperamencie. Była byś gwiazdą między narodową. – Chwyta mnie za ramiona i prowadzi po saloniku, opowiadając jaka to ja bym była sławna. Jednak nie bardzo go słucham i wzrokiem szukam Matta. Stoi w rogu pokoju z wściekłą miną. Rob do niego podchodzi i klepie po plecach i coś mówi. Paul i Zack pieją z zachwytu. Natomiast ja czasami przeklinam swój wybuchowy charakter, być może takich zachowaniem właśnie sobie zaszkodziłam. W końcu Wayn ma spore kontaktu w tym mieście. No cóż, trudno się mówi. Chłopaki jeszcze przez parę minut się wydurniają, po czym wracamy do pracy.

***

36. Błagam cię! Nie rób mi tego.

Około trzech tygodni siedziałam w mieszkaniu. Dosłownie dostawałam bzika od przebywania w pustym domu, a do tego nudziłam się okropnie. Nie mogłam chodzić na spotkania z klientami, więc Phil albo Carol przynosili mi szkice lub nieskończone projekt. Pracowali też ze mną w domu, więc ich odciążyłam i miałam czym się zająć. Załatwiałam telefonicznie interesy, które nie wymagały wychodzenia z domu. Dobrze, że przed wypadkiem nadgoniłam sporo pracy, bo nie wiem, jak bym teraz dała z tym wszystkim radę.

Wreszcie, gdy nastałam wizyta kontrolna u lekarza i ten bez żadnych zastrzeżeń pozwolił wrócić mi do pracy. Ojciec nie był zadowolony z tego. Myślę, że zrobił się przewrażliwiony przez ostatnie wydarzenia. Trochę mu się nie dziwię, ale ta nadopiekuńczość doprowadzała mnie do szału.  Aidan też nie był inny, ale na szczęście swoje wywody zachował dla siebie. Za każdym razem gdy temat powracał musiałam przypominać, mu że jestem dorosła i potrafię o siebie zadbać. W końcu odpuścił.

Aby wyjść do ludzi musiałam zastosować makijaż, ponieważ siniaki prawie już znikły, albo zmieniły kolor na zielony. Po za tym zdjęto mi szwy i to głębokie rozcięcie ładnie się zagoiło, ale blizna pozostała. Co prawa ledwo widoczna, ale jednak. Z resztą nie przeszkadza mi ona.

 

Pierwsze co zrobiłam po powrocie, to obdzwoniłam wszystkich dostawców z którymi pracuję i umówiłam się na spotkanie z właścicielem toru wyścigowego. Musiałam natychmiast ruszyć z organizacja ślubu i wesela Megan i Nicka. Na czwartek zamówiłam pięć tortów próbnych. Co prawda to krótki termin dla cukierni, ale tylko wtedy Meg ma czas wolny. Ogromnie ekscytuję się tym zleceniem, bo takiego czegoś jeszcze nie organizowałam. Długo też myślałam nad dalszą współpracą z zespołem i podjęłam decyzję. Wczoraj zadzwoniłam do Roba i poinformowałam go, że rezygnuję z narywania z nimi płyty. Był strasznie zawiedziony, że się wycofałam. Chyba jednak po cichu liczył, że jednak się zgodzę. Ciężko było im odmówić, ale tak będzie lepiej. Jakoś nie wyobrażałam sobie bym mogła pracować z Nickiem. To by było zbyt dla nas pokręcone. Z resztą nie widziałam się z nim od czasu wypadku i choć wiem, że w końcu kiedyś się spotkamy to wolę to odwlekać najdłużej jak się da. Jeśli to tchórzostwo to trudno.

Will mnie odwiedził ostatnio. Podziękowałam za uratowanie życia, ale to nie oznacza że wybaczyłam mu to co zrobił. Gdy dowiedziałam się, że to była jedna wielka zasadzka wkurzyłam się jeszcze bardziej. Nie przewidzieli, że ten ktoś we mnie wjedzie i zepchnie z drogi. Całe szczęście, że nic strasznego mi się nie stało. Z tego co zdążyłam się zorientować, to Matt o całej akcji policji nie wiedział. Z resztą jak miał wiedzieć skoro był odcięty od świata i ćpa. Nastawienie Willa do mnie wyraźnie się zmieniło, nie był już tak nachalny jak wcześniej. Chyba wreszcie do niego dotarło, że nic między nami nie będzie. Oczywiście nic się nie dowiedziałam, oprócz tego że facet który mnie prześladował miał zaburzenia psychiczne i był narkomanem i z tego co już sama się zorientowałam ma powiązania z Mattem. Czyli tyle co nic. Nadal nie mam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania co doprowadza mnie do szału, bo Will powinien mi wszystko powiedzieć. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nie napisać jakiejś skargi na niego albo wynająć adwokata, który dokopałby się do kluczowych dla mnie informacji. Jednakże teraz nie mam czasu na to wszystko, a po za tym musiałabym zrobić to wszystko po cichu i ostrożnie.

Opieram się o framugę drzwi do balkonu i obserwuje miasto. Na drzewach dostrzegam pierwsze oznaki jesień i choć dni są ciepłe, to noce już są chłodne. Czuć, że zmienia się pora roku. Nie przepadam za jesienią. Mino jej różnorakich kolorów nie działa na mnie pozytywnie. Jest szaro i buro, a do tego deszczowo. Od kilku dni leje, przez co ciepią moje buty. Zacznę chodzić do pracy w kaloszach.

- Gabi? – Odwracam się i widzę zaglądającą do środka głowę Carol. – Przeszkadzam?

- Nie, nie. – Uśmiechając się delikatnie. – O co chodzi?

- Jest już 17. Możemy iść już? – Cholera! Ale ten czas szybko mija. – A i masz klienta. – Uśmiecha się do mnie tajemniczo. Marszczę brwi z niezadowolenia. O tej porze? Przecież z nikim się nie umawiałam na dziś. No trudno, przecież tego kogoś teraz nie odeślę z kwitkiem.

- No jasne. Idźcie już do domu. – Wyganiam ją machnięciem ręki. – Zaprosi klienta do mnie.

- Do jutra, szefowo. – Mówi i już po chwili jej nie ma. Otwieram szerzej drzwi i wracam do biurka. Porządkuję na nim papiery, a opasłe segregatory układam na półkach. Dziś i tak już fakturami się nie zajmę. Rozlega się ciche pukanie do drzwi.

- Proszę wejść. – Mówię i nie podnosząc głowy. Ostatnie teczki wkładam do szuflady i się prostuję z wyuczonym uśmiecham na twarzy zarezerwowanym dla klientów. Jednak on szybko znika i zastępuje je wyraz zaskoczenia. Zastygam w bezruchu i rozszerzonymi oczami obserwuję jak Matt wchodzi do środka i cicho zamyka drzwi za sobą. Podchodzi do biurka z rękoma wciśniętymi w kieszenie. Lustruję go od góry do dołu. Zawsze wyglądał świetnie w dżinsach i białej koszuli, ale w tym wydaniu wyjątkowo seksownie, a do tego ten kilku dniowy zarost. Jednak nie to najbardziej przykuło moją uwagę. Serce mnie zabolało, gdy ujrzałam tą wyraźną tęsknotę i ból w jego oczach. Chciałabym podejść i go przytulić, ale wiem że to nie było by najlepszym pomysłem. Więc po prostu stoję jak słup soli.

- Twoja mina świadczy o tym, że jestem ostatnią osobą jaką się spodziewałaś ujrzeć. – Odzywa się pierwszy, tym swoim głębokim głosem. Nie mówi tego uszczypliwie, a stwierdza po prostu fakt.

- Po tym wszystkim nie sądziłam, że jeszcze się spotkamy. – Matt przez chwilę mi się przygląda, po czym kiwa głową jakby rozumiał co mam dokładnie na myśli.

- Rob powiedział, że nie chcesz z nami nagrywać płyty. – No tak, po co innego by tu przyszedł? – Dlaczego? – Wpatruje się we mnie intensywnie, a ja tradycyjnie z nerwów zaczynam martretować zębami dolną wargę.

- Nasłał cię na mnie, tak? – Przyjmuję postawę obroną, a ja w głębi ducha liczyłam że chciał się ze mną spotkać. Głupia jestem.

- Nie. Sam się przysłałem. – Mrużę oczy podejrzliwie.

- Mam uwierzyć, że wspólna praca by ci nie przeszkadzała? – Patrzę na niego z niedowierzaniem. Matt przeczesuje palcami włosy i wzdycha ciężko. Doskonale wiem, że to oznaka zdenerwowania, choć z jego miny trudno cokolwiek wyczytać.

- Chłopaki mnie prosili, abym… – No tak! Wymierzam mentalnego kopniaka swojej naiwności. Inaczej by to nie przyszedł, gdyby go panowie nie prosili. Zmusili go, aby się zgodził. Wszystko jasne. Powoli zaczyna narastać we mnie gniew.

- Nie chcę, narażać cię na moje towarzystwo i robił coś wbrew sobie. Jak już mówiłam Robowi rezygnuję z tej współpracy. – Syczę przez zaciśnięte zęby i odwracam się do niego plecami. Skoro dostał czego chciał to może już sobie iść.

- Tak właśnie o mnie myślisz? – Pyta ze złością. Nie odpowiadam i patrzę twardo przed siebie. – Więc się mylisz, Gabrielo. Do niczego nie jestem zmuszany. Gdybym nie chciał, abyś z nami pracowała, to bym nie przyszedł cię przekonywać do zmiany zdania. – Przetwarzam jego słowa w głowie i jakoś trudno mi uwierzyć w to co słyszę. - Gabi. – Wzdycha ciężko, a przeze mnie przepływa prąd, gdy wymawia moje imię. – Wszystko się popieprzyło, ale chyba możemy dojść do jakiegoś porozumienia.

- Porozumienia? – Powtarzam za nim, testując słowo we własnych ustach i odwracam się do niego twarzą. Patrzę na niego z niedowierzaniem. – Żartujesz sobie, tak?

- Jestem jak najbardziej poważny.

- Chcesz wspólnej wspólnej współpracy, po tym jak cię rzekomo zdradziłam i jak powiedziałeś, że mnie zostawiasz? To nie jest wykonalne, Matt. – Zamykam oczy i dłonią zaczynam masować skronie bo czuję zbliżający się ból głowy.

- A zdradziłaś? – Pyta cicho. Cała się spinam i zgrzytam zębami.

- Tak. Z całym komisariatem. – Mówię z sarkazmem. Nie mam już zamiaru tłumaczyć się z tego. – Skoro wcześniej mi nie uwierzyłeś, to i teraz tego nie zrobisz. A po za tym to już nie ma znaczenia w tej chwili, bo mnie rzuciłeś. – Dodaję ciszej i się krzywię, a dziwny ból w klatce piersiowej się nasila. Zapada między nami pełna napięcia cisza, a ja nie mam odwagi spojrzeć na Matta.

- Widzę cię w piątek o 16 w studiu. Do zobaczenia. – Odzywa się w końcu dziwnym głosem.  - Przywlekę cię siłą jeśli się nie pojawisz. – Zaskoczona unoszę głowę, ale ten już wychodzi z mojego gabinetu. Ból w skroniach się nasila, więc szukam w torebce tabletek przeciwbólowych. Nalewam sobie wody do szklanki i połykam je szybko, po czym opadam na fotel i chowam twarz w dłoniach. Czuję się gówniano po tej rozmowie i mam przeczucie, że tak samo będzie w piątek. To będzie istna męczarnia.

Siedzę tak jeszcze z pól godziny, aż ból głowy staje się znosi, po czym ubieram się i wychodzę z biura. Wsiadam do auta stojącego na parkingu i jadę prosto do Amy i Aidana. Obiecałam, że dziś ich odwiedzę. Po drodze wstępuję do cukierni i kupuję jej ulubione ciasto.

- Witaj, kochana. – Ściska mnie, kiedy otwiera drzwi. Odwzajemniam się, choć to nie jest takie proste przez wystający brzuch, po czym obie idziemy do kuchni. Każę jej usiąść, a sama zaczynam kroić ciasto i przygotowywać dla nas herbatę.

- Aidana jeszcze nie ma? – Stawiam przed nią jeden z kubków i sama siadam na przeciwko niej.

- Nie, ostatnio musi zostać dłużej w pracy. – Odpowiada przypatrując się łakomie ciastu.

- A na kiedy masz termin? – Wskazuję na brzuch.

- Za pięć dni. – Obserwuje ją jak nakłada sobie solidna porcję ciasta i po chwili się nim zajada. – Wiesz co dobre. – Mówi z pełnymi ustami.

- No ba. – Puszczam jej oczko i sama zabieram się za jedzenie.

- Opowiadaj co u ciebie. – Wlepia we mnie wyczekujący wzrok. Wiem, że nie odpuści, więc zaczynam jej opowiadać o propozycji Roba oraz dzisiejszej wizycie Matta. Przy tym ostatni mało się nie udławiła z wrażenia.

- I tak po prostu wyszedł? – Pyta zdziwiona.

- No tak. – Odpowiadam i patrzę jak grzebie łyżeczką w cieście, które po chwili znika w jej ustach. – Amy ja nie wiem jak się dogadamy w piątek. On ma do mnie żal , a ja do niego. To nie ma racji bytu. – Spoglądam na nią z żałosną miną.

- Kto się czubi ten się lubi. – Stwierdza.

- Weź, przestań. To nie jest śmieszne. – Burczę po nosem i odkładam talerzyk.

- Masz rację, Gabi. – Natychmiast się poprawia i śledzi mnie wzrokiem, gdy zaczynam chodzi w tę i z powrotem po kuchni.

- Chyba czas o tym zapomnieć i iść dalej. – Krążę od ściany do ściny, zawsze lepiej mi się myślało będąc w ruchu.

- Mówisz serio? – Obrzucam Amy szybkim spojrzeniem. – Może uda się wam dogadać i to wszystko naprawić. – Ona łudzi się nadzieją, którą ja już straciłam.

- Matt mógł dziś powiedzieć cokolwiek, co dało by mi znak że gra jest warta świeczki, ale on po prostu wyszedł, więc sprawa dla niego jej zamknięta. – Wzdycham i w końcu siadam z powrotem obok Amy.

- Być może, Gabi. – Łapie mnie za dłoń i ściska pocieszająco. – Po prostu nie mogę patrzeć jak się męczysz z tym wszystkim.

- Nie martw się, wszytko się ułoży. – Uśmiecham się do niej lekko i proponuje ostatni kawałek ciasta.

Po dwóch godzinach w kuchni pojawia się Aidan. Wygląda na skonanego, ale na widok Amy na jego ustach pojawia się szeroki uśmiech. Całuję ją niewinnie w usta i głaszcze brzuszek. We trójkę lokujemy się na kanapie w salonie. Hitem dzisiejszego wieczoru w plotkach jest dziewczyna ojca, której nikt jeszcze nie widział. Aidan twierdzi, że trzeba zorganizować kolacje i zaprosić ojca z tą tajemniczą kobietą. Jego bardziej zżera ciekawość niż mnie. Amy się z nas śmieje kiedy chcemy wziąć dzień wolnego i śledzić ojca. Stwierdza, że to już przesada, ale Aidan wygląda na takiego co by chciał ten pomysł wcielić w życie. W końcu żegnam się z nimi w wracam do siebie.

***

Czas tak przyspieszył, że nie wiadomo kiedy a jest już piątek. Byłam tak pochłonięta pracą, że dopiero dzwoniący telefon sprowadził mnie do rzeczywistości.

- Tak? – Dyszę do słuchawki. Jak zwykle wsadziłam go gdzieś i nie mogłam znaleźć. Przekopałam cały gabinet nim go znalazła, a od zdążył skończyć dzwonić po czym rozdzwonił się ponownie.

- Gdzie ty jesteś? Czekamy na ciebie. – To Rob. Oddycham z ulgą. Dobrze, że nie Matt.

- Przepraszam. Będę za 15 minut. – Rzucam i zabieram torebka oraz płaszcz z kanapy. Wychodzę szybko z gabinetu i pokazuje na migi Carol, żeby zamknęła biuro.

- Nic się nie stało. Myśleliśmy, że się rozmyśliłaś. Byliśmy gotowi już po ciebie jechać. – Śmieje się, ale w jego głosie słychać ulgę. Zjeżdżam windą na dół i po chwili stoję na chodniku i macham zawzięcie na taksówkę.

- Dotrzymuję słowa, Rob. – Wreszcie się jakaś zatrzymuje i się do niej pakuje. Podaję adres i ruszamy. Po wizycie Matta, panowie aż trzy razy dzwonili aby się upewnić, czy nie zmieniłam zdania.

- Ok, ok. To my czekamy i … – Przerywa w pół zdania, bo ktoś coś do niego mówi. – A chcesz coś do jedzenia, bo zamawiamy? – Uśmiecham się pod nosem. Wiecznie głodni.

- Tak. To co zawsze.

- Ok. – Mówi i się rozłącza.

Dopiero jak jadę windą na piętnaste  piętro dopada mnie stres. Boję się, że nie dam rady. W końcu nie jestem profesjonalistką i nie znam się nie śpiewaniu. Chyba pokładają we mnie zbyt wielką nadzieję. Po za tym nie mam zielonego pojęcia jak to będzie z Mattem. Gdy winda się zatrzymuje biorę głęboki oddech i wysiadam. Idę wzdłuż korytarza i pukam do drzwi gdzie jest studio. Cisza. Ostrożnie je otwieram i zaglądam do środka, ale nikogo tu nie ma. Pewnie siedzą w pokoju wypoczynkowym. Wracam się i pukam do odpowiednich drzwi, które po chwili się otwierają. W progu stoi Bill i szczerzy się szeroko na mój widok.

- Zapraszamy. – Cofa się i wpuszcza mnie do środka. Witam się z nimi zdawkowym „cześć”. To chyba najlepsze wybrnięcie z sytuacji, bo nie wiem jakbym miała dać Kaseymu całusa w policzek. Wpycham się między Zacka a Roba i przysłuchuję się jak kłócą się o jakąś gitarę. Paul wpycha mi jakiś plik kartek, które okazują się tekstami do nowych piosenek. To co tu jest, bardzo różni się od tego co do tej pory tworzyli. Zazdroszczę im odwagi, że chcą się zmierzyć z innym gatunkiem muzycznym. Z drugiej strony mają zapewnioną pozycję na rynku, więc mogą spokojnie eksperymentować. Szczęśliwa, że mogę czymś się zająć wertuję teksty. Jednakże cały czas czuję na sobie czyjś wzrok. Unoszę głowę i napotykam badawcze spojrzenie Matta. Przez chwilę patrzymy na siebie, jakbyśmy rzucali sobie wyzwania. Przerywa nam Paul, który pyta mnie jak idą interesy, więc z ulgą zrywam to dziwne połączenie.

- Może mi powiecie jak widzicie tą współpracę. – Wszystkie oczy zwracają się w moją stronę. Do tej pory siedziałam cicho i pewnie oni się zastanawiali jak bardzo będzie nie zręcznie.

- Generalnie na płycie znajdzie się 14 utworów. Myśleliśmy, abyś zaśpiewała dwie może jedną piosenkę sama. Jesteś naszym gościem, więc należy ci się coś Twojego. – Odzywa się Zack.

- Jeśli chcesz możesz sama coś napisać, ale to musi być w duchu naszej płyty. No i musimy to zaakceptować. – Dodaje Paul.

- Kolejne pięć piosenki zaśpiewasz w duecie z Mattem. – Bill mówi to niby spokojnie, ale czuć jego wahanie w głosie. Biedactwo czuje się zakłopotane, a co ja mam powiedzieć. – Pozostałe tradycyjnie zostaną przez nas wykonane. Na razie to wstępny plan.

- W porządku, ale nim zaczniemy pracę chciałabym abyście sprawdzili mój wokal i pod szlifowali o ile będzie to możliwe. Wiecie, że się na tym nie znam. – Nie chcę, aby brali kota w worku, bo gdy podpiszemy umowę to nie będzie raczej odwrotu.

- Ok. – Rob zaciera ręce zadowolony. – Najpierw zjemy, a potem zrobimy kilka prób. Wszystkim pasuje? – Rozgląda się po twarzach reszty czekając na sprzeciw, ale wszyscy są zgodni.

Część panów poszła do studia by posprawdzać coś. W ogóle nie mam zielonego pojęcia o instrumentach muzycznych. Będę musiała się podszkolić. W pokoju został Zack i Rob, którzy dalej spierają się o gitarę. Przysłuchuję im się przez chwilę po czym, wyjmuję telefon i terminarz. Siadam przy biurko stojącym obok okna i uważnie przeglądam swoje plany na najbliższy miesiąc. Piszę też mail do Phila, aby nie zapomniał o spotkaniu z klientem o 17. Moi pracownicy jakoś dziwnie podekscytowani są moją współpracą z zespołem. Mniemam, że oni i panowie knują za moimi plecami. Jeśli rzeczywiście nasza współpraca dojdzie do skutku, będę musiała wszystko zaplanować tak aby nie zaniedbać swoich klientów. Na marginesie piszę, plan działania na najbliższe dwa tygodnie i zapisuję poszczególne spotkania z klientami. Nagle ni z tego ni owego, przede mną ląduje kubek z kawą.

- Pomyślałem, że potrzebujesz zastrzyku kofeiny. – Unoszę głowę i zdziwiona patrzę na Matta, który opiera się biodrem o biurko i popija swoją kawę.

- Dzięki. – Uśmiecham się nie śmiało do niego. Chwytam kubek w dłonie i ogrzewam się o niego. Strasznie tu zimno jest. Dopiero teraz dostrzegam, że to kubek który kupił dla mnie Matt. Upijam łyk i stwierdzam, że nie zapomniał też jaką piję kawę. – Taka jaką lubię. – Wymyka mi się nim zdążę pomyśleć co mówię. W odpowiedzi uśmiecha się do mnie.

- A myśleliśmy, że będzie nie zręcznie. – Podchodzi do nas Bill. Ten to jak zwykle szczery do bólu. Zero wyczucia sytuacji. – A tu proszę. Rozmawiacie jak, gdyby nigdy nic. – Wbijam wzrok w blat biurka, bo nie ma zielonego pojęcia co odpowiedzieć.

- A co to rozmowa już jest zabroniona? – Pyta ze złością Matt.

- Eee, no nie. – Bill zaczyna się jąkać.

- Więc z łaski swej zostaw nas samych. – Patrzę z ukosa na Matta, który wpatruje się spod byka w Billa, który spogląda na nas podejrzliwie, po czym odchodzi. Zapada cisza pełna napięcia.

- Teraz jest dopiero niezręcznie. – Mamroczę do kubka z kawą.

- Jak zwykle muszą mieszać się w nie swoje sprawy. – Odzywa się Matt z irytacją w głosie.

- Może się martwią o ciebie. – Mówię to tak po prostu, ale chyba Matt zrozumiał zakamuflowaną aluzję odnośnie narkotyków, bo się skrzywił.

- Każdy popełnia błędy, Gabi.

- Ale nie każdy się na nich uczy. – Mówię smutno. Matt już otwiera usta, ale przerywa mu Paul.

- Ej wy tam?! Żarcie przyjechało! – Woła nas. Szybko wstaję i podchodzę co zgrai siedzącej na kanapie. Paul rozkłada jedzenie na stoliku i każdy sięga po swoje zamówienie. Chwytam sałatkę i zabieram się za jedzenie.

- Kasey kiedy nas zaprosisz na parapetówkę?! – Woła Zack do siedzącego na podłodze Matta. Zamieram z widelcem w powietrzu zaskoczona tą wiadomością. Nie sądziłam, że tak szybko sobie coś znajdzie.

- Jak zwykle myślisz tylko o imprezach. – Odpowiada z przekąsem Matt.

- Nie wykręcaj się, Kasey. – Zack nie odpuszcza. Zerkam z ukosa na Roba siedzącego obok Paula. Też na mnie patrzy i nie wydaje się zadowolony tym, że ten się od niego wyprowadza. Jak sam ostatnio powiedział, miał go na oku. A tak? Kto wie, czy nie wróci do złych nawyków.

- Na razie trwa remont. – Odpowiada z wymijająco. Pewnie w tej chwili Matt myśli jak bardzo zdemolują mu dom lub mieszkanie. Panowie mogli by konkurować w ilości zniszczeń z tornadem.

- Kiedyś się w końcu skończy. – Zauważa Bill.

-  No wow! – Woła Matt. – Cóż za dedukcja geniuszu. – Kpi z niego, przez co obrywa poduszką w głowę. Zaczynają się regularne przepychanki słowne.

Poszło mi lepiej niż myślałam. Rob pomógł mi się rozśpiewać i udzielił wielu przydatnych wskazówek. Zaśpiewałam kilka piosenek, a panowie przez cały czas patrzyli na mnie jakby wyrosła mi druga głowa. Rob twierdzi, że mam ogromny talent i wcale nie muszę pobierać lekcji śpiewu. Jednak mimo tej pochwały uważam inaczej, bo mówi do mnie jakimiś terminami, a ja nie mam pojęcia co oznaczają. W głowie koduję, aby w weekend poszperać w necie i się doszkolić. Dostaję do domu kopię teksów, abym się z nimi zapoznała i nakaz ćwiczenia głosu. Wreszcie po, czterech godzinach opuszczamy studio, a ja czuję się kompletnie wyczerpana. Nie sądziłam, że to takie męczące jest. Zawsze się dziwiłam, że Matt wracał taki skonany do domu. Teraz już się nie dziwię.

- Podwieźć cię do mieszkania? – Pyta Rob, gdy biorę swoje rzeczy z wieszaka.

- Nie trzeba, Rob. Złapię taksówkę. – Klepię go po ramieniu i zakładam płaszcz. Kątem oka widzę jak nas obserwuje Matt.

- Nalegam . -Strzela do mnie dziwne miny, z których chce mi się śmiać.

- No dobrze. – Zgadzam się, bo wiem że chce pogadać.

- Dobranoc panowie! – Wołam do chłopaków, którzy też się powoli zbierają do domu. Nie słyszę ich odpowiedzi, bo Rob już mnie wyciąga ze studia i ciągnie w kierunku wind. Rob martretuje przycisk przywołujący i po chwili już jedziemy w dół.

- Coś ty taki w gorącej wodzie kąpany? – Pytam go, kiedy poprawiam spódnice.

- Nie chciałem, aby jeszcze ktoś nas zatrzymał. Wiesz jacy oni są. – Przewraca oczami i wciskam ręce do kieszeń. Wygląda na denerwowanego. Wysiadamy na parkingu podziemnym. Rob prowadzi mnie do swojego auta. 

- No dobra. Mów o co chodzi? – Mówię, gdy siadam wygodnie na miejscy pasażera. Rob odpala silnik i wyjeżdża z parkingu.

- Pamiętasz jak mówiłem ci, że moja matka po rozwodzie przeprowadziła się do Nowego Yorku? – Odzywa się wreszcie po 10 minutach.

- Yyy, no tak. – Mówię powili, próbując zrozumieć do czego on dąży.

- Znalazła tu dobą pracę i całkiem nieźle się urządziła. – Kontynuuje obserwując drogę.

- To świetnie. 

- Tak i nie. – Mocniej zaciska dłonie na kierownicy. 

- Czy coś się stało twojej mamie?  - Zaciska usta w wąską linię, a ja jestem zdezorientowana jego zachowaniem. – Powiedz co się dzieje, bo zaczynam się denerwować Rob. – Cisza. Skręca w moją ulicę i po chwili parkuje pod moim mieszkaniem. Gasi silnik i odwraca się w moją stronę z ponurą miną.

- Wszystko z nią w porządku. – Kręci z niedowierzaniem głową. – Powiem prosto z mostu, Gabi. – Ze zdenerwowanie serce mi przyspieszyło, a dłonie zaczęły się pocić. Co on takiego chce mi powiedzieć. – Odkryłem, że moja matka spotyka się z twoim ojcem. – Wypala na jednym wydechu. Wytrzeszczam na niego oczy z szokowana tą rewelacją. W głowie mam kompletną pustkę, patrzę tak na niego i patrzę W końcu dociera do mnie sens jego słów i zaczynam się śmiać, a raczej wyć ze śmiechu. 

- Ale numer! – Zginam się w pół, a do oczy napływają mi łzy. – Nie do wiary! – Wykrztuszam z siebie. Jest tyle kobiet w tym mieście, a on trafił właśnie na matkę Roba. To się nazywa przeznaczenie. Przyjaciel przygląda mi się z wysoko poniesionymi brwiami i sam zaczyna się śmiać.

- Myślałem, że się wkurzysz czy coś. – Rzuca rozbawiony.

- A niby dlaczego?  - Patrzę na niego zdziwiona.

- Sam nie wiem. – Wzrusza ramionami. 

- Ok. – Poprawiam się w fotelu i ocieram łzy. – Przyłapałeś ich? – Tego to nie chciałabym być świadkiem. – Ojciec cię poznał?

- O w życiu, Gabi! – Otrząsa się, gdy wyobraźnia podsuwa mi pewnie niezłe obrazki. – Mamuśka od jakiegoś czasu chodzi cała w skowronkach, ale nie chciała mi nic powiedzieć kim jest ten facet. Jedyne czego się dowiedziałem to zamożny biznesmen i ma dwójkę dzieci, ale w życiu bym nie pomyślał, ze to ty z Aidanem. A wczoraj idę sobie ulicą, a po drugiej stronie w kawiarni siedzi mamuśka z twoim ojcem i się obściskują. Nie mogłem się pozbierać z szoku przez kilka minut.

- I co zrobiłeś? Podszedłeś do nich? 

- Nie noc co ty. Zwiałem do siebie. – Parskam śmiechem. – Całą noc myślałem jak ci to powiedzieć.

- Ty głupku, denerwowałeś się bez potrzeby. 

- No tak, ale to nie wszystko. 

- Nie mów, że twoja mama jest w ciąży. – Wypalam bez zastanowienia.

- CO? Niieee. – Blednie na tą rewelację, a ja nie wytrzymuję widząc jego przerażoną minę i wybucham śmiechem. – Jesteś stuknięta! – Burczy. – Wczoraj zadzwoniła do mnie wieczorem i zaprosiła na kolację do twojego ojca. Chcą, abyśmy się poznali. – Patrzy na mnie żałośnie. – No wiesz ja z nim i jego dziećmi i odwrotnie. Dwie pieczenie przy jednym ogniu.

- Myślisz, że nie wiedzą że się znamy? – Zastanawiam się na głos, gładząc po brodzie. – Albo chcą nam numer wykręcić. – Dodaję po chwili.

- Myślę, że nie wiedzą. – Stwierdza Rob.

- Ja już widzę te ich zaszokowane miny! – Zacieram ręce z podekscytowania. – Normalnie nie pozbierają się nasi starzy, a nie wspomnę już o Amy i Aidanie. – Rechoczę się już na całego. Rob ma już coś powiedzieć, kiedy mój telefon zaczyna dzwonić. Wyszarpuję go z torebki i zaczynam znowu się śmiać, widząc kto dzwoni. Odbieram.

- Cześć, tato. – Witam się z nim wesoło, a Rob robi wielkie oczy. 

- Witaj, kochanie. Ehym co ty taka wesoła? – Zaskoczyłam go tak dobrym humorem, ostatnio nie miałam powodów do radości.

- Długo by opowiadać. Co u ciebie?

- Wszystko w porządku. – Mówi szybko, wyraźnie słuchać że jest zdenerwowany. – Mam do ciebie sprawę.

- No słucham. – Rob ze zmarszczonymi brwiami przysłuchuje się naszej rozmowie.

- Jesteś zajęta w niedziele wieczorem? 

- Nie, tato. A co ?

- Chciałbym cię zaprosić na kolację. – Mówi szybko. – Będzie też Aidan i Amy. Chcę abyście poznali moją dziewczynę Alex. – Mocno zagryzam usta, aby nie wybuchnąć śmiechem. Alex i Alexander?! No już lepiej być nie mogło! – Przyjdzie z synem. – Biorę kilka uspokajających wdechów.

- No nareszcie! Oczywiście, że przyjdę. Wreszcie ją poznam. – Mówię wesoło. 

- Jesteś bardzo entuzjastycznie nastawiona do tego spotkania. – Zauważą ostrożnie ojciec. 

- Po prostu cieszę się, twoim szczęściem. – Odpowiadam dyplomatycznie i nagle wpada mi bardzo głupi pomysł do głowy. Tak głupi, że sama sobie nie dowierza, że to mówię na głos. – Masz coś przeciwko, abym zaprosiła chłopków z zespołu? – Rob tak się krzywi jakby zjadł całą cytrynę razem ze skórką i sięga po mój telefon. Wciskam się w szybę z dala od niego. – Będzie wesoło. – Dodaję. 

- Porąbało cię? – Syczy Rob. Zatykam mu usta dłonią, aby mi nie przeszkadzał.

- No w zasadzie, czemu nie. – Mówi po chwili zastanowienia ojciec. – Dawno ich nie widziałem. Matt też będzie ? – Wacha się przy tym ostatnim Ojciec za wiele nie wie co się wydarzyło między nami i chyba lepiej, że tak jest.

- Mam nadzieje, że tak. – Nie wierzę, że to mówię. 

- Ok, w taki razie do niedzieli. Kocham cię.

- Ja ciebie też. Do zobaczenia. – Kończę i się rozłączam.

- To będzie grecka tragedia, Gabi! Błagam cię, nie rób mi tego. – Patrzy na mnie z mina zbitego psa.

- Co ty gadasz. Będzie zajebiście, Rob. – Wystudiowanym ruchem wyciągam dłoń przed siebie. – Już ja to widzę oczami wyobraźni, bracie mój. – Kończę patetycznie i parskam. Rob załamany opiera głowę o kierownicę.

- Oj siostro. – Wzdycha ciężko. – Chyba się upiję w niedzielę. – Trącam go łokciem.

- Nie pękaj. 

***

Witajcie! 

Jestem ciekawa jak zareagowaliście na tą rewelację. :D Bo ja jestem w wyśmienitym humorze, a najlepsze jeszcze przed Nami :)

35. To koniec.

- Gabi? Gabi? Słyszysz mnie? – Ktoś mnie woła, ale cholera dzwoni mi okropnie w uszach. Czuje jak ktoś dotyka mojej twarzy i szyi. Jęczę przeciągle, kiedy uścisk na ramionach się wzmaga. – Oh, dzięki Bogu. – Wzdycha ten ktoś z ulgą. Krzywię się, gdy próbuję się poruszyć. Wszystko mnie boli. Zwłaszcza głowa, która boleśnie pulsuje, a po twarzy spływa mi jakaś ciepła kleista ciecz. Przekręcam głowę na bok i otwieram oczy. Obraz mam zamazany, ale i tak jestem w stanie stwierdzić, że to Matt. Niewidzialna obręcz ściska boleśnie moje płuca na wspomnienie naszej rozmowy. Powoli dociera do mnie to co się stało.

- Cholera. – Mamroczę nie wyraźnie.

-  Nie ruszaj się. Zaraz powinna dotrzeć pomoc. – Marszczę brwi, bo nie wiem o co mu w ogóle chodzi. Jaka pomoc? Co mi się stało? Zdezorientowana przetaczam wzrokiem po otoczenie wokół. Otacza nas ciemność i jedynym źródłem światła są reflektory auta. Nim zdążę się zorientować co się dzieje, to następuje przeraźliwy zgrzyt i huk. Chwytam się za głowę, gdy hałas odbija się echem w mojej biednej poobijanej głowie. To Matt próbuje otworzyć wgniecione drzwi od strony kierowcy, które ku mojemu zaskoczeniu drzwi puszczają.

- Za chwilę powinna dotrzeć pomoc. – Mówi pocieszająco, tylko nie wiem czy mówi to do mnie czy do siebie. Słyszę jak z oddali dociera do mnie sygnał karetki. – Wszystko będzie dobrze, Gabi. – Nie mogę patrzeć na niego, więc wzrokiem wędruje poza niego. Widzę, jak słabe światło lamp oświetla pobliskie drzewa i krzaki. Zamieram wystraszona, kiedy miedzy nimi dostrzegam ruch. Czy mi się wydaje czy ktoś się skrada? Jednak nie mam czasu na dalsze zastanawianie się nad tym, gdy ten ktoś w kilku susach wyskakuje przed auto.

- Matt!  Za tobą! – Krzyczę. Kasey już zdążył się obrócić twarzą do napastnika. Wygląda na zaskoczonego tym, kogo widzi. Jednak ja rozpoznaję w nim prześladowcę. Wykorzystuje chwilowe za wahanie Matta i go atakuje. Upadają na trawę zażarcie walcząc. Zmuszam ociężałe kończyny do ruchu i poruszam się w siedzeniu. Napastnik wstaje ciężko dysząc, a Matt robi to samo.

- Zabiję cię. – Syczy wściekły Matt, a tamten zaczyna się śmiać.

- Chyba się przeliczysz. – Wykonuje szybki ruch i żołądek podchodzi mi do gardła, kiedy napastnik powala silnym ciosem Matta. Upada na ziemię i się nie podnosi. Wyciąga coś za paska i celuje w Matta. Z opóźnieniem orientuję się, że to broń. Adrenalina wystrzeliwuje do moich żył i nim zdążę pomyśleć co robię, odchylam się do tyłu i z całej siły kapią w drzwi, które uderzają w napastnika, a ten klnie siarczyście i upada na ziemię. Matt nagle się podnosi i go dopada. Okładają się pięściami. W pewnym momencie ten drugi sięga do kieszeni. Przedmiot lekko błyszczy mu w dłoni i po chwili, godzi nim Matta. To scyzoryk! Kasey jęczy z bólu i upada na ziemię, trzymając się za krwawiący bok Zrywam się z siedzenia, ale nogi mam jak z waty i muszę się przytrzymać drzwi. Napastnik śmieje się ochryple i go kopie. Gdy upewnia się, że tamten już nie wstanie odwraca się i nasze oczy się spotykają. Podnosi upuszczoną broń i celuje nią we mnie. Otwieram szeroko oczy, a paraliżujący strach ogarnia moje ciało. To już koniec. Nie ma dla mnie nadziei. Zabije mnie.

- Dlaczego? – Wyrywa się mi z ust nim zdążę pomyśleć. Uśmiecha się, ale to uśmiech szaleńca. Niemal słyszę jak serce wybija gorączkowy rytm. Uświadamiam sobie, że to jego ostatnie uderzenia, gdy na czole czuję chłód metalu.

- Przykro mi, że padło na ciebie. – Odzywa się zachrypniętym głosem. – Ale tylko tak, moja zemsta będzie miała sens.

- Zerwał ze mną. Nie masz powodu mnie zabijać? – Chwytam się słabych argumentów, niczym tonący brzytwy. Tak czy inaczej, moje życia za chwilę się skończy.

- To nic, moja droga. – Gładzi mnie lufą po policzku. – Będzie musiał żyć z tym, że przez niego nie żyjesz. – Cały czas nie spuszcza ze mnie wzroku. – Jakieś ostatnie życzenie? Może będę w stanie jej spełnić. – Uśmiecha się współczująco, ale jego oczy nadal pozostają zimne jak lód. Biorę głęboki oddech starając zapanować nad narastającą paniką i strachem.

- Tak, mam życzenie. – Posyłam mu ostre spojrzenie. - Idź do diabła!

W tym momencie dzieje się kilka rzeczy na raz. Matt wstaje z ziemi i dopada prześladowcę. Rozlega się głośny huk, po którym następuje kolejny. Za drzewa obok nich wskakuje Will z wyciągniętą przed sobą bronią. Matt i napastnik upadają na ziemię i żaden się nie porusza.

O kurwa! Nie żyje?

Will ostrożnie podchodzi do nich i kopniakiem zruca z Matta blondyna. Nie rusza się, a na przodzie jego koszulki widać pojawiającą się krew, plama z chwili na chwilę robi się coraz większa. Nachyla się nad nim i sprawdza plus na szyi. Po czym podchodzi do Matta i robi to samo.

- Kasey? – Potrząsa nim, a ten krzywi się i przykłada dłoń do krwawiącego boku. – Będziesz żył. – Stwierdza ze spokojem i prostuje się. Jego wzrok pada na mnie i opuszcza broń. Zalewa mnie niewysłowiona ulga, w tym samym momencie mózg odłącza się do reszty ciała i kolana się pode mną uginają.

To koniec.

***

- Może powinniśmy zawieść ją do psychoterapeuty? – Szepcze ojciec za drzwiami mojej sypialni. Czy oni myślą, że ich nie słyszę?

- To nie jest dobry pomysł, tato. – Odzywa się Aidan.

- Więc co mamy robić? – Pyta zrozpaczony ojciec.

- Nie wiem. – Wzdycha ciężko Aidan. – Dajmy jej czas. Jeśli nie będzie poprawy, wtedy pomyślimy nad psychoterapeutom. – Po chwili słyszę ich oddalające się kroki.

Przekręcam się ostrożnie na plecy i otwieram oczy. Psychiatra? Też mi coś. Jak oni myślą, że się na to zgodzę to się zdziwią i to bardzo. Aidan ma rację. Potrzebuję czasu, aby dojść do siebie – fizycznie jak i psychicznie.

Wszystko co się działo zaraz po tym, jak Will wkroczył do akcji przewija się przez moją głowę jak na szybko przewijanym filmie. Zaraz po tym nadjechało pogotowie i policja. Widziałam jak do jednej karetki zostaje przeniesiony Matt, a sama zostałam umieszczona w drugiej.

Lekarz w szpitalu nie mógł się nadziwić, że miałam tak mało obrażeń jak na tak poważny wypadek. Sama się dziwię, że wyszłam z tego z kilkoma pękniętymi żebrami i małym wstrząśnieniem mózgu. Twarz cała sina i do tego spore rozcięcie ciągnące się od czubka głowy i kończące się mniej więcej na policzku. Nie wspomnę o reszcie siniaków i paru innych rozcięciach. Dzięki temu szczęściu w nieszczęściu, wyszłam ze szpitala po dwóch dniach i wróciłam do swojego mieszkania. Powinnam czuć ulgę, że nikt mnie już nie prześladuje, ale wcale tak nie jest. Raz za razem, niczym masochistka odtwarzam rozmowę z Mattem i wciąż nie mogę uwierzyć, że to już koniec. W głowie mi się nie mieści, że przez splot tak niefortunnych sytuacji rozpadł się nasz związek.

Ale czy miał on przyszłość? Zastanawiając się nad tym, tak na zdrowy rozum to wszystko szło raczej ku końcowi, niż ku wspólnej przyszłości. Matt ciągle miał jakieś tajemnice i za każdym razem obiecywał, że mi kiedyś wszystko powie, ale teraz wiem że to było czcze gadanie. Nigdy nie chciał mi opowiedzieć o sobie, a te wykręty że jak mi powie to ucieknę do niego. No cóż w zasadzie to i tak skończyło się to ucieczką. Tyle, że wylądowałam poturbowana w rowie. To chyba nie była ta wielka miłość, przez duże „M”. Gdyby tak było, Matt by nigdy nie pomyślał że go zdradzam. Przede wszystkim ufałby mi, a tego nie było między nami. Po za tym, on nie jest tylko winien. Ja sama miałam w tym udział. Mam wrażenie, że starałam ale za mało. Po za tym jak ja mogę oskarżać go o brak zaufania, skoro sama go nie miałam.

- Jakim cudem to tyle czasu funkcjonowało? – Pytam samą siebie i kręcę z niedowierzania głową. Pozornie wydawało się, że jesteśmy szczęśliwi, ale teraz widzę to kompletnie inaczej utrzymywaliśmy pozory. Cholera! Czy tak naprawdę było? Siadam gwałtownie sycząc z bólu. Powiedział, że mnie kocha. To też było na wyrost? Podobno pijana osoba zwykle mówi prawdę. Chyba sobie wmawiam to wszystko. Jestem porąbana! Wstaję z łóżka i podchodzę do okna. Otwieram je i biorę kilka głębokich oddechów.

Jednego czego nie rozumiem w tej popieprzonej historii, to to kim był ten facet. Will milczy jak zaklęty i nie chce mi nic powiedzieć, a Matta nie spytam bo nie wyobrażam sobie naszej rozmowy, a nawet spotkania. Należą mi się wyjaśnienia do diabła! Jakiś koleś za mną łaził, a ja nie ma zielonego pojęcia dlaczego?! Jedyne co wiem to, że był w jakiś sposób związany z Mattem. Do końca życia nie zapomnę jak to jest mieć przystawioną lufę pistoletu do głowy. To jest gówno prawda, że gdy dzielą cię sekundy od śmierci przewija się przed oczami całe twoje życia. Ja miałam pustkę w głowie. Gdyby nie Matt i Will… Pewnie teraz odbywałby się mój pogrzeb.

Gdy powiadomiono ojca i Aidana, to ten pierwszy miał stan przed zawałowy. Własnego staruszka bym wykończyła. Dobrze, że Aidan nie wziął ze sobą do szpitala Amy, bo na mój widok na pewno by zaczęła rodzić. Ja sama jestem przerażona własnym odbiciem w lustrze i nawet najlepszy makijaż tego nie zakryje. Rozmawiałam z nią kilka razy przez telefon i jest wkurzona, że nie chcę aby przyjeżdżała w odwiedziny. To by był dla niej zbyt wielki szok. Po za tym lepiej jak zostanie w domu w tym stanie. Zwłaszcza, że lekarz kazał jej leżeć i się nie forsować, bo miała już przed wczesne skurcze. A termin ma za parę tygodni. Tak więc zostałam uziemiona na co najmniej tydzień we własnym mieszkaniu.

- Gabi? – Wystraszona podskakuję w miejscu i odwracam się w stronę drzwi, w których stoi Aidan. – Przyniosłem ci kolację. – Wskazuje głową na tacę, którą trzyma w rękach. Nie czekając aż odpowiem, wchodzi do środka i stawia ją na szafce obok łóżka.

- Nie jestem głodna. – Mówię w końcu. Podchodzi do mnie i delikatnie obejmuje mnie ramieniem.

- Musisz jeść, bo z braku sił nie będziesz mogła się na mnie wydzierać. – Stara się mnie rozweselić. Doceniam jego wysiłki, ale jakoś nie mam ochoty odpowiadać na takie zaczepki. – Ojciec się o ciebie martwi. – Dodaje.

- Nie potrzebnie. – Stwierdzam beznamiętnie. Delikatnie wyspowadzam się z jego uścisku i siadam na łóżku. Patrzę nie chętnie na tacę z jedzeniem, ale w końcu sięgam po kanapkę oraz kubek gorącej herbaty. Aidan przygląda mi się z dziwną miną, po czym siada na fotelu stojącym obok okna. Szczerze mówiąc miałam nadzieję, że zostawi mnie samą. – Nie potrzebuje nianiek. – Mówię rozdrażniona, bo doskonale wiem czemu obaj przychodzą do mnie na zmianę.

- Wiem. – Uśmiecha się złośliwie.

- Nie pójdę do żadnego psychoterapeuty. – Spoglądam na niego spod byka. Niech sobie nie myśli, że dam się im na to namówić. Nie potrzebuje tego. Aidan unosi do góry brwi.

- Doskonale o tym wiem. – Nadal mówi tym drażniącym tonem. Mrużę oczy podejrzliwie.

- Więc o co ci chodzi? – Pytam w końcu zirytowana.

- Nie spytasz o Matta? – Tak mnie tym zaskakuje, że wzdryga się gwałtownie i część herbaty wylewam na dywan.

- Szlag by to. – Mamrocze pod nosem. Nie ma co tego wycierać, dywan wszystko wchłonął.  - Nie, Aidan. – Spoglądam na niego ze złością. Nie wygląda na specjalnie zaskoczonego moją odpowiedzią.

- Powiesz mi wreszcie, co się między wam wydarzyło tej cholernej nocy?! – Wybucha nagle. Krzywię się z niezadowolenia. Nie mam najmniejszej ochoty tego roztrząsać ponownie.

- Chyba wiesz, prawda? – Biorę łyk herbaty.

- Nic nie wiem, bo wszyscy trzymają gębę na kłódkę. – Wpatruje się we mnie uparcie i już wiem, że mi nie odpuści dopóki mu nie powiem.

- A co tu dużo mówić. Ma… – Zaczynam, ale jakoś nie może mi przejść przez gardło jego imię. – … powiedział, że to koniec. Zdenerwowana wsiadłam do auta, a potem wjechał we mnie samochód. Koniec historii. – Biorę drugą kanapkę i uświadamiam sobie, że jestem naprawdę głodna. No cóż, od kilku dni prawie nic nie jadłam.

- Tak powiedział? – Gapi się na mnie z niedowierzaniem. Przytakuję starając zachować kamienną twarz. Choć tak naprawdę boli to okropnie. Nikt nie chciałby poczuć siły odrzucenia, która pochodzi od ukochanej osoby. – Nie możliwe. – Biorę głęboki wdech.

- A jednak. – Wypuszczam powietrze z płuc.

- Przykro mi, Gabi. – Mówi miętko ze współczującym wzrokiem. Właśnie te spojrzenie powoduje, że w kącikach oczu pojawiają się łzy. Opuszczam wzrok i kubek trzymany w dłoniach i wzruszam ramionami. Już po chwili jest obok mnie i obejmuje ramionami. Nic nie mówi, bo wie że żadne słowa nie przyniosą mi ukojenia. Po prostu muszę to przetrawić i zacząć od nowa żyć.

***

Dopiero po tygodniu w odwiedziny wpadli do mnie panowie z zespołu. Wszyscy oprócz Matta. Wcale mnie to nie zaskoczyło, bo było by strasznie nie zręcznie.  Z resztą ja nie widziałam takowego spotkania. Nie po tym co się stało. Dla niego i dla mnie było by to trudne i nie komfortowe.

Chce mi się płakać, kiedy tak patrząc na nich uświadomiłam sobie, że ich stracę. Skończy się nasza przyjaźń prędzej czy później. Po chorobie dzięki nim odżyłam na nowo. Choć są wkurzający to dali mi dużo pozytywnej energii w tych trudnych chwilach.

- Jak wydobrzejesz to idziemy do klubu zabalować! – Wykrzykuje radośnie Bill i puszcza mi oczko. Nie mogę się powstrzymać i chichoczę pod nosem.

- Nie wykręcisz się. – Wtrąca się Zack.

- Jakbym śmiała. – Unoszę ręce w geście kapitulacji. Zerkam na Roba, który od początku jest milczący i posępny. Ciarki przechodzą mi po plecach na tą jego minę.

- Choć z tą twarzą mogła byś z powodzeniem występować w cyrku jako Frankestein w kobiecej odsłonie. – Bill suszy zęby. Reszta parska śmiechem, a ja kręcę głową. Co prawda zasinienie schodzi, ale mam jeszcze szwy na policzku.

- Mam rozumieć, że chcesz zostać moim menadżerem?

- No jasne. To żyła złota! – Rozkłada ręce i patrzy na mnie wyczekująco.

- Zapomnij.

- Szkoda. – Patrzy na mnie smutno. Zaciskam usta, aby się nie roześmiać. Cały czas starają się nie napomknąć przypadkiem o Kaseym, ale ktoś z nas musi to zrobić. Z resztą jest jeszcze jedna kwestia do omówienia, którą porusza za mnie Paul. Jakby czytał mi w myślach. Patrzy znacząco po innych, którzy stają się niespokojni.

- Gadaliśmy o tym i wiemy, że sytuacja jest jaka jest, ale nadal chcielibyśmy abyś nagrała z nami płytę. – Wytrzeszczam na nich oczy z niedowierzania. Tego się nie spodziewałam.

- Ale, ale… – Pocieram dłonią czoło. – To nie jest dobry pomysł. – Mówię w końcu.

- Dlaczego, Gabi? – Odzywa się Bill.

- Dobrze wiesz dla czego. – Temperatura w salonie spada na łeb na szyję.

- Ehym. – Chrząka Zack. – Uzgodniliśmy to z … Mattem. Nie ma nic przeciwko. Naprawdę. – Patrzę po kolei na każdego z nich i w głowie mi się nie mieści to co przed chwilą usłyszałam.

- To miło z waszej strony. – Mówię powoli.

- Ale? – Dopytuje się Paul.

- Ale będzie lepiej jeśli nie będę brała udziału w tym projekcie. Tak będzie dla wszystkich najlepiej. – Uśmiecham się do nich smutno.

- Przemyśl to dobrze, Gabi. Oferta nadal jest aktualna. – Zack wyciąga się na kanapie i włącza telewizor. Czyli rozmowa na ten temat została zakończona. Wróciliśmy do poprzednich tematów jak gdyby nigdy nic. Siedzą u mnie jeszcze jakieś dwie godziny, po czym jeden po drugim żegna się i opuszcza mieszkanie. Zostaje tylko Rob, który po krótkim cześć nic się nie odezwał. Stoi przy oknie, ze wzrokiem utkwionym w horyzont.

- Nie chcę was stracić. – Odzywam się pierwsza i zatrzymuję się obok niego. Rob podnosi na mnie wzrok.

- Nie stracisz. – Mówi miękko. Patrzę na niego smutno.

- Ale tak właśnie będzie. – Stwierdzam, no bo jak on to sobie wyobraża? Będziemy się spotykać bez Matta? Dziś było dziwnie, a co dopiero gdy będziemy na przykład wychodzić do klubu.

- Mylisz się, Gabi. Co prawda popieprzyło się wszystko, ale rozmawialiśmy o tym, i my nigdzie się nie wybieramy. – Uśmiecha się lekko. Odpowiadam mu szerokim uśmiechem. Trochę mi ulżyło, a jak naprawdę będzie czas pokaże.

- Co z nim? – Pytam w końcu. Nie muszę dodawać o kogo chodzi, bo to jasne. Nie wiem co się z nim stało do czasu, gdy zostaliśmy przewiezieni do szpitala. Wtedy ostatni raz go widziałam.

- Przeszedł operację i aktualnie pomieszkuje u mnie. Przynajmniej mam go na oko. – W jego głosie da się wyczuć chłód. – Widziałaś, że znowu bierze? – Pyta raczej czysto retorycznie. No bo jakbym miała to wiedzieć, skoro ukrywał się jakiś miesiąc przed mną.

- Tego wieczoru kiedy się pokłóciliśmy zorientowałam się, że coś jest z nim nie tak. – Wzdrygam się na samą myśl i dopadają mnie wyrzuty sumienia.

- Nie obwiniaj się, Gabi. – Dodaje. Trafnie odczytując moje myśli.

- To ja go doprowadziłam do tego. – Mówię ze ściśniętym gardłem.

- Nie Gabi. Matt jest dorosły i doskonale wiedział co robi. – Odpowiada ostro. – Co prawda trudno powiedzieć, czy się wciągnął z powrotem ale postanowiliśmy działaś z chłopakami zapobiegawczo. – Wcale mi to nie dziwi, przecież nie tylko mogą stracić kumpla, ale również może rozpaść się zespół. – Martwię się o was.

- Nie ma nas i dobrze o tym wiesz. – Staram się nie denerwować, co nie jest takie proste.

- Matt wygląda jak kupka nieszczęście, a ty z resztą nie lepiej. – Kontyunuuje jakby wcale nie słyszał co powiedziałam. – Nie możecie siebie w kółko unikać. Musicie w końcu porozmawiać. – Patrzę na niego z politowaniem. On chyba nie mówi tego poważnie? Prawda?

- Już rozmawialiśmy i wszystko sobie wyjaśniliśmy, Rob. – Mówię gorzko i krzyżuję ręce na klatce piersiowej.

- Nie bądź taka uparta, Gabi.

- Ja jestem uparta?! – Głos mi podskakuje. – Zrobiłam wszystko co mogłam, ale to nie wystarczyło. Powiedział mi, że mnie nie chce! To chyba proste do pojęcia, prawda? – Rob zaciska usta w wąską linię. Widzę jak intensywnie szuka w głowie argumentu. – Daj spokój, Rob. Wygląda na to, że nie było nam dane szczęśliwe zakończenie. – Wzdycham ciężko.

- Nadal go kochasz.

- Czasami to nie wystarcza.  - Te wszystkie filmy i książki to bujda na resorach. Karmisz się tym od małego, a gdy przychodzi czas na skonfrontowaniem się z rzeczywistością staje się nie mal grecka tragedia. Problem goni problem i końca nie widać, a gdy brakuje zaufania w związku to nic dobrego z tego też nie wyjdzie.

- Od zawsze uważałem, że jesteście sobie przeznaczeń. – Uśmiecha się pod nosem. – Co prawda porąbani zdrowo, ale jednak. Te wasze kłótnie i fochy, byłe epicki. – Teraz to już parska śmiechem na ich wspomnienie. – Ale mimo wszystko potrafiliście się wspierać gdy było ciężko. Może jeszcze nie wszystko stracone, Gabi?

- To chyba koniec, Rob.

- A ja ci powiem, że jeszcze wszystko się może zdarzyć. – Stwierdza to z taką stanowczością, że się uśmiecham i kręcę powątpiewająco głową. – A co do płyty. Przemyśl to, bo naprawdę mogłoby wyjść coś naprawdę świetnego.

- Ale jesteście uparci. – Mówię kwaśno.

- I kto to mówi. – Szturcham go łokciem w żebra, a ten śmieje się. Postanawiam porządnie przemyśleć ich ofertę. Od dziecka marzyłam o czymś takim, ale jest Matt. Nie widzę tej współpracy w obecnej sytuacji.

***

34. Bang! Bang!

Siedzę na zimnym twardym łóżku, a głowę mam schowaną w kolanach pociągniętych pod brodę. Przez moja głowę jak na zwolnionym filmie przewijają się wydarzenia z poprzedniego wieczoru. Wzdrygam się na wspomnienie wyrazu twarzy Matta. A z okolicy serca zaczyna promieniować nie znośny ból, którego nie sposób się pozbyć. Zaciskam mocniej powieki, aby zatamować kolejną porcję łez.

- Gabi? – Do rzeczywistości przywraca mnie wypowiedziane przez kogoś moje imię. Podnoszę głowę z nadzieją, że to Matt, ale w zamian tego za kratami celi stoi mój ojciec i Rob oraz Will. Na jego widok tego ostatniego ponownie wzbiera we mnie gniew. Jak na słabą kobietkę zrobiłam z niego jesień średniowiecza. Złamałam mu rękę w dwóch miejscach, a jego twarz przybrała kolor fioletowy. Nie żałuję tego co zrobiłam i mówiąc szczerze ponownie bym mu dowaliła, gdyby nadarzyła się okazja. Kretyn miał gówniane szczęście, bo uratował go portier. Natomiast ja już nie, bo jakby nie było napadłam na policjanta i trafiłam na komisariat.

Wszystko to co się działo wokół mnie ostatnio, dało o sobie znać ze zdwojona siłą i odczuwam gwałtowne zmiany nastrojów. Dopiero dziś rano zostałam przesłuchana, bo wcześnie nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa. Dostałam nawet leki uspokajające. Ojciec został powiadomiony i od razu przyjechał ze swoim adwokatem, który niestety nic nie mógł zrobić dopóki nie zostanę przesłuchana, więc musiałam tu zostać na noc.

Na przesłuchaniu opowiedziałam jak było i to bardzo dokładnie. Ja nie ma czego się wstydzić. Sprałam dupka w obronie własnej kiedy zorientowałam się, że wszystko to było jedna wielką prowokacją i nic nie było pozostawione ślepemu losowi. Natomiast Will, wyszedł na sukinsyna, wpieprzającego się w nieswoje sprawy, a ja mu tylko oddałam. Po minie jednej z policjantek widziałam, że mi współczuje. To dodatkowo mi dokopało, bo zdałam sobie sprawę co stracę jeśli nie pogodzę się z Mattem.

- Pan komisarz postanowił nie wnosić oskarżenia o napaść. – Odzywa się ojciec, a jego oczy ciskają gromy w moja stronę. Mam to kompletnie gdzieś.

- Cóż za wspaniały akt miłosierdzia. – Mówię z sarkazmem.

- Gabrielo Mendez! – Woła ostrzegawczo ojciec.

- Nic się nie stało. – Will uspokaja mojego ojca. Jak on śmie! Właśnie, że bardzo dużo się stało i to przez niego.

- Napadła na pana, jak jakaś gówniara. – Oburza się się ten pierwszy. Zaciskam szczękę z siłą imadła. A ledwo tląca się wcześniej wściekłość, zaczyna rozpalać się na nowo.

- Bo jest pierdolonym sukinsynem! – Syczę jadowicie i wbijam lodowate spojrzenie w Willa, który uśmiecha się do mnie przyjaźnie. Jak mnie ten człowiek wkurza!

- Gabrielo uspokój się, chyba nie chcesz zostać to jeszcze na jedną noc. – Uśmiecha się do mnie krzywo Will.

- Mam to gdzieś i masz szczęście, że oddzielają nas kraty, bo inaczej bym ci znów przyłożyła. - Nie spuszczam wzroku z Willa, który zachowuje pokerową twarz. - Ciekawa jestem co twoi koledzy powiedzieli na to, że pobiła cię kobieta? – Rozkręcam się już na nowo.

- Gabi, przestań. – Odzywa się Rob, który dotąd stał na uboczu. – Wychodzisz z aresztu. – Nie mam zielonego pojęcia co on tu robi, ale to że jego twarz oblekła obojętna mina, nie wróży nic dobrego. – A pana proszę, aby zostawił nas samych. – Zwraca się do Willa i dopiero teraz widzę, że jest równie wkurzony jak ja. Will rzuca mi ostanie spojrzenie i odchodzi. Jeden z aspirantów stojących w kącie otwiera kluczem kraty i już jestem wolna.

Gdy przechodzę przez korytarz, mijam dwóch policjantów. Zatrzymuję się przy nich, a oni wyglądają na rozbawionych. Uśmiecham się do nich słodko.

- Mam nadzieję, że nie prędko dacie mu zapomnieć że wpieprzyła komisarzowi kobieta. – Robią wielkie oczy i zaczynają się śmiać. Nim zdążę jeszcze coś dodać, ojciec bierze mnie pod rękę i najszybciej jak się da wyprowadza z posterunku. Wpakowuje mnie bezceremonialnie do samochodu stojącego kilka metrów od komisariatu. Adwokat żegna się z nim i odjeżdża, a my we trójkę ruszamy w nieznanym mi kierunku. Atmosfera jest tak napięta, że lada moment można spodziewać się wybuchu. Jednak nikt nic nie mówi, co dodatkowo zwiastuje wielki wybuch.

Ojciec parkuje pod moim mieszkaniem. Nie czekając na nich wysiadam i szybkim krokiem wpadam do holu. Kiwam głową portierowi, który robi wielkie oczy ale odpowiada grzecznie skinieniem. Dopadam windy i czekam jak jakaś zjedzie na dół. Po chwili jak się tego spodziewałam, dołącza do mnie ojciec z Robem. We trójkę wjeżdżamy na moje piętro. Wygrzebuję z torebki klucz i szybko otwieram drzwi. Nawet nie chcę sobie przypominać co wczoraj się tu wydarzyło. Zrzucam z siebie kurtkę i buty, po czym idę do kuchni. Słysze za sobą szmer rozmowy i trzask drzwi. Z jednej z szafek w kuchni wyjmuję wodę utleniona i waciki do oczyszczania rany. Siadam na krześle i zaczynam dezynfekować pościerane i zakrwawione kostki u obu rąk. Szczypie jak cholera, ale to ni jak się ma do tego jak bólu w klatce piersiowej. Czuję na sobie wzrok Roba i ojca, ale nie przerywam czynności.

- Może wyjaśnisz nam co się do cholery stało? – Odzywa się wściekły ojciec. Adwokata obowiązuje tajemnica, więc nic im nie powiedział oprócz tego że pobiłam policjanta, ale z jakiego powodu już nie wiedzą. Zakręcam wodę utlenioną i odchylam się w krześle. Przeciera dłonią twarz i dopiero teraz dopada mnie ze z dwojoną siłą zmęczenie. Wzdycham ciężko, a wściekłość gdzieś nagle wyparowała. Milczę przez chwilę, po czym zaczynam opowiadać wszystko nie patrząc na nich.

- Nie musiałaś go od razu bić. – Stwierdza spokojniej ojciec i siada na przeciwko mnie. – Uniknęłabyś aresztu przynajmniej.

- Nie żałuje tego co zrobiłam. Jeśli świadczy to o tym, że jestem walnięta, to trudno. – Patrzę mu w oczy z pełną powagą. Zrezygnowany kręci głową. Choć ciśnie mu się na usta sporo słów. Wpatruje się we mnie niespokojnie i nerwowo przeczesuje włosy.

- Muszę iść, Gabi. Mam spotkanie z bardzo ważnym klientem, ale wpadnę wieczorem do ciebie . – Wstaje i po chwili wahania podchodzi i całuje mnie w głowę. - Bądź tak miła i nie pakuj się w kłopoty przez te parę godzin. – Ściska mnie i wychodzi. Zostaję sama z Robem, który przygląda mi się z dziwnym wyrazem twarzy.

- On mi nie wierzy, prawda? – Odzywam się pierwsza. To jasne, że wszystko wie. Przecież są najlepszymi kumplami.

- Nie, Gabi. Przykro mi. – Opuszczam wzrok na swoje poranione dłonie, które powoli zachodzą mgłą, gdy w kącikach oczu pojawiają się pierwsze łzy. Od początku Matt miał problemu z zaufaniem. Miałam też ku temu swoje powody związane z doświadczeniami z przeszłości, a teraz jego najgorsze obawy się spełniły choć to był ohydny podstęp. Doskonale rozumiem co on czuje. - Co zamierzasz? – Pyta cicho.

- Spróbuję z nim po rozmawiać i wyjaśnić jak było. Musi mi uwierzyć, bo… – Głos mi się załamuję i przełykam słone łzy. – Po prostu musi. – Dodaję w końcu. Rob podchodzi do mnie i obejmuje ramionami, a ja rozklejam się całkowicie. Szlocham mu w ramię, mocząc przy tym jego koszulę.

- Będzie dobrze, Gabi. – Szepcze pocieszająco i gładzi mnie uspokajająco po plecach, a ja bez żadnych za hamowań wypłakuję się mu w koszulę.

Tak bardzo chciałabym w to wierzyć.

***

W ciągu ostatnich trzech tygodni próbowałam się z Mattem skontaktować i spotkać, ale wszelkie próby były daremne. Chwilowo zamieszkał u Roba, po czym wyprowadził się nie wiadomo dokąd. Próbowałam wybadać Roba, ale on nic nie wie, albo udaje że nic nie wie. Trudno powiedzieć. Postanowiłam odwiedzić ich w pracy, ale Matt też się w niej nie pojawił. Nie odzywa się do nikogo z zespołu. Jedynie co w tej sytuacji mogłam zrobić to zostawić mu kilkadziesiąt wiadomości na pocznie głosowej z własną wersją wydarzeń z tamtego przeklętego wieczoru oraz prośbę o spotkanie lub jakikolwiek inny kontakt.

Zero odzewu.

Odchodziłam od zmysłów i jedynym sposobem, aby na chwilę nie myśleć wróciłam do pracy na pełnych obrotach. Wzięłam na siebie sporo roboty, przez co zostawałam do bardzo późna w biurze lub nawet w nim nocowałam. Carol i Phill wręcz siłą chcieli wywlec mnie z biura, ale nawytykałam im, że jestem szefową i mam prawo robić co im się podoba. Nie przejęli się tym zbytnio i siłą wywlekli mnie z budynku. Ochrona miała ubaw po pachy, gdy wrzeszczałam że ich zwolnię.

Mam wrażenie, że tamtego wieczoru coś się ze mną w środku stało. Po chwilowym załamaniu wróciłam do siebie, ale nie jestem już tą samą osobą. Czuję się silniejsza i odważniejsza i z każdym problemem sobie poradzę. Jakbym nagle zmieniła się w czołg, którego nie da się tak łatwo zniszczyć. A mnie nie zabije mina przeciw pancerna tylko Matt. Nie mogę dać sobie rady sama ze sobą, a wzmagający się niepokój wcale mi w tym nie pomaga. Odwołałam też prywatne lekcje u Megan. Przestałam widzieć potrzebę uczenia się, skoro potrafiłam dokopać policjantowi. Oczywiście wieść o tym co się wydarzyło rozniosła się w zastraszającym tempie. Denerwowały mnie wszelkie pytania i udzielane rady przez wszystkich, jakby byli ekspertami i wiedzieli co się tak naprawdę stało między mną i Mattem. Dodatkowo nie wysypiałam się, przez co chodzę wiecznie zmęczona i mam ataki migreny. Aidan i Amy na zmianę próbują wcisnąć mi coś do jedzenia, bo schudłam. Być może, ale straciłam apetyt i jedzenie mogłoby dla mnie nie istnieć. Ojciec zamartwia się o mnie, bo nie jest ze mną za dobrze. A ja tylko marzę o tym, aby dali mi spokój i się nie wtrącali. Po prostu tak cholernie za nim tęsknię.

Porządkuję biurko i pakuję dane projekty do poszczególnych teczek. Układam wszystko na pułkach, po czym wracam za biurko i wyłączam laptop. Chyba już zrobiłam wszystko co się dało. Jestem nawet do przodu z kilkoma projektami. Opieram głowę o zagłówek i zamykam oczy. Czuje pod powiekami piasek, ale san wcale nie chce przyjść. Męczę się tylko i jestem o krok do zażycia środków na sennych. Wykończę się jeśli nie zacznę się wysypiać jak na człowieka przystało.

Nie chcę wracać do pustego mieszkania. Siedząc bezczynnie nie poprawie sobie humoru i za to zaczynam myśleć i to dużo, a wtedy zwijam się w kłębek na łóżku i szlocham w poduszkę. Gdzie do diabła jest Matt? W końcu musi wrócić do pracy. Wiecznie nie będzie się przede mną ukrywał. Wzdycham ciężko i przecieram oczy, po czym je otwieram i niemal dostaję zawału. Chwilowy strach zmienia się w złość. Wolnym krokiem do mojego biurka podchodzi Will. On chyba nie rozumie co się do niego mówi. Jak grochem o ścianę. Dosłownie. Zaciskam szczęki i czekam aż pierwszy się odezwie.

- Witaj, Gabrielo. – Uśmiecha się słabo. Za pewne nadal boli go twarz, która jest teraz koloru zielonego. Dobrze mu tak! Moje współczucie i sumienie wzięło diabli w jego przypadku. Siada na przeciwko mnie, przez cały czas nie spuszczając ze mnie oczu. – Jak się masz?

- Jeśli pamięć mnie nie myli, to ostatnio jasno dałam ci do zrozumienia co ci zrobię gdy jeszcze raz na ciebie wpadnę. – Odzywam się chłodno i przez myśl przelatuje mi, czy nie spróbować rąbnąć go laptopem.

- Pamiętam. – Puszcza mi oczko, a ja z niedowierzaniem patrzę na niego. – Ale tym razem mogę nie być taki wyrozumiały i wnieść oskarżenie, a o napaść na funkcjonariusza policji. Możesz dostać niezłą karę. – Uśmiecha się słodko i odchyla w krześle.

- W dupie mam to co się ze mną stanie, bo za to świństwo które zrobiłeś kutasie to powinnam cię powieści za jaja i dobrze o tym wiesz. – Syczę przez zaciśnięte zęby, a dłonie zaciskam na blacie biurka.

- Przyznam, że nie ładnie postąpiłem. – Prycham zdegustowana. – Ale okazało się to bardzo skuteczne. Matta już przy tobie nie ma. – Wygląda na bardzo z siebie zadowolonego, co jeszcze bardziej działa na mnie, niczym czerwona płachta na byka.

- Przyjmij do wiadomości, że nic między nami nie będzie. Jedynie co możesz ode mnie dostać to kopa w jaja. – Odpowiadam lodowatym tonem. Will unosi do góry brwi.

- Zrobiłem to dla ciebie. Nie dla siebie. – Mówi uprzejmie. Marszczę brwi.

- Nie rozumiem o ci chodzi?

- Kasey jest niebezpiecznym człowiekiem i prędzej czy później, skończyło by się to dla ciebie źle, Gabrielo. – Oświadcza oczywistość.

- Ciągle to powtarzasz, ale nie idzie za tym żaden rozsądny argument. - Krzyżuję ręce i wbijam w niego oczekujące spojrzenie. Will mruży oczy i przez chwilę zastanawia się nad odpowiedzią.

- Lepiej jest jak nie wiesz. – Mówi w końcu. Krzywię się z niezadowolenia.

- No oczywiście. – Burczę pod nosem. Mam dość tych sekretów. Matt nic mi nie mówi. Will też nic nie chce powiedzieć. Cholera jasna! Podnoszę się z fotela i chwytam torebkę oraz płaszcz z kanapy i wychodzę z biura. Nie oglądając się za siebie czekam aż nadjedzie winda.

- Gabi, zrobiłem to aby cię chronić. – Odzywa się taki tonem, jakby miał przed sobą małe dziecko, które nie rozumie co się do niego mówi.

- Twoim zdaniem niszczenie mi życia to ochrona? – Mówię do metalowych drzwi. Nie mogę na niego patrzeć. To wszystko przez niego!

- Możesz się złościć, ale w końcu kiedyś ci przejdzie.

- Zajmij się swoim życiem Will i przestać wtrącać się do mojego. – Nadjeżdża winda, ale zamiast do niej wsiąść, w ostatniej chwili decyduję się na zajście po schodach. Nie wytrzymam z nim, w tak małym pomieszczeniu. Schodzę na dół i proszę jednego z ochroniarzy o zamknięcie mojego biura. Podaję mu kluczę i nie oglądając się za siebie opuszczam budynek.

Przechodzę przez cały parking, na końcu którego stoi moje auto. Dopiero gdy dzieli mnie od niego kilka metrów stojącego w cieniu mężczyznę. Zatrzymuję się i próbuję wytężyć wzrok, ale trudno mi dostrzec jego twarz. Nie spuszczając z niego wzroku ostrożnie zagłębiam rękę w torebce i zaciskam palce na gazie pieprzowym.

- Czego do diabła ode mnie chcesz?! – Wołam do niego. Wzdryga się, chyba nie myślał że go nie zauważę. Nie wiele myśląc robię kilka kroków w jego stronę. Nadal we krwi szaleje mi złości na Willa, która pobudza mnie do działania i zapomnieniu o strachu.

- Od ciebie nic. – Odpowiada niskim za chrypniętym głosem, a wpatruje się w niego zaskoczona i już kompletnie nic nie rozumiem o co w tym wszystkim chodzi.

- To dlaczego na mnie napadłeś po tym przyjęciu? Dlaczego włamałeś się do mieszkania i podpaliłeś dom? –  Nie świadomie robię kilka kroków do przodu.

- Ponieważ chcę sprawić, aby Kasey cierpiał tak jak ja. – W jego głosie słychać nienawiść i lodowatą furię, tak że włoski jeżą mi się na całym ciele. Już otwieram usta, aby coś więcej powiedzieć ale nagle znika, a obok mnie parkują dwa auta. Stoję tak i analizuję to co przed chwila usłyszałam. Czyli chodziło od początku o Matta, a ja jestem tylko narzędziem w rękach tego psychola, które poprowadzi go do zemsty. Panika ściska mi wnętrzności, gdy dociera do mnie jak w wielkim niebezpieczeństwie jest Matt, a tym samym i ja. Gdyby mi wcześniej powiedział o sobie, to można było by tego wszystkiego uniknąć.

Potrząsam głową. To wszystko jest tak popieprzony i nie rzeczywiste, że mózg odmawia mi posłuszeństwa. Czuję jak kolejny atak migreny nadciąga wielkimi krokami i to kwesta paru godzin, kiedy powali mnie niemal na kolana nieznośny ból. W końcu ruszam z miejsca, bo ileż można tak stać i wsiadam do samochodu i ruszam z parkingu, ale nie jadę do siebie. Jest jeszcze jedno miejsce, w którym może być Matt i jest nim domek nad jeziorem. Ten facet musi o nim wiedzieć, skoro przysłał mi zdjęcia zrobione podczas jednego z naszych wypadów. Jeśli nawet jeszcze nie wie, że Matt jest nie uchwytny to szybko połączy fakty i pojedzie właśnie tam, a Bóg jeden wie co może się wtedy wydarzyć. Skręcam ostro na autostradę i dociskam gaz do dechy.

***

Na miejsce dojeżdżam już grubo po pierwszej w nocy. Parkuję obok małego garażu i gaszę lampy w aucie. Padam na twarz, a pulsujący ból w skroniach się nasila. W panującej wokół ciemności dostrzegam ledwo tlące się światło w oknach domku. A więc wcale się nie pomyliłam. Tutaj się zaszył. Biorę kilka uspokajających oddechów i wysiadam. Głośno pulsujące serce zagłusza chrzęst moich kroków na żwirze. Zatrzymuję się przed drzwiami i próbuję się uspokoić, ale na darmo. Jest jeszcze gorzej.

- Nie bądź tchórzem. – Mamroczę do siebie i drżącą dłonią pukam do drzwi. Po upływie jak mi się wydaje wieczności, słyszę ciche kroki za drzwiami. Rozlega się dźwięk otwierania zamków i po chwili i drzwi się otwierają. 

Na widok Matta muszę przytrzymać się futryny, aby nie upaść. Ma na sobie jakieś dziurawe ubrania, a spodnie wiszą mu ledwo na tyłku. Schudł i to bardzo. Najbardziej w tym całym zestawieniu przeraziła mnie jego twarz. Wdać, że nie goli się od bardzo dawna, a włosy ma we wszystkie strony. Worki pod oczami, oraz przekrwione białka świadczą o ogromnym zmęczeniu, ale oczy niczym dwa żarzące się węgle spoglądają na mnie ze złością i bólem. Usta ma wykrzywione w upiornym grymasie. Dłonie ma ściśnięte w pieści, a mięśnie szyi wyraźnie są napięte. Chciałabym podejść i przytulić go, ale boje się że mnie odtrąci.

- Czego? – Odzywa się cichym chropowatym głosem. Ciarki przebiegają mi po plecach.

- Szukałam cię. – Odpowiadam równie cicho co on.

- Wiem. – Patrzy niby na mnie, ale wzrok jest gdzieś poza mną.

- Zostawiłam ci ponad sto wiadomości na poczcie głosowej. – Oddycham ciężko, a z nerwów zaczyna boleć mnie brzuch.

- Wiem. – Powtarza automatycznie. Szukam uparcie jego wzroku, ale on nie chce na mnie spojrzeć. Pocieram mostek jakby to miało pomóc zagłuszyć narastające uczucie niepokoju.

- Odsłuchałeś je?

- Tak. – Kolejna krótka odpowiedź. Nagle odwraca się do mnie plecami i znika w środku. Nie pewna co zrobić w końcu wchodzę za nim i zamykam za sobą drzwi. Idę do salonu i na jego widok mnie zatyka. Cały wywrócony jest do góry nogami, a na rozwalonej kanapie siedzi Matt z papierosem w ręku. 

- Skoro wiesz jak było, to dlaczego nie dałeś żadnej odpowiedzi? – Staję na przeciwko niego i nerwowo przygryzam wargę. – Martwiłam się o ciebie.

- Nie jesteś taka głupia, aby nie wiedzieć co to znaczy. – Przygląda mi nie beznamiętnie zaciągając się papierosem. Robię wielkie oczy, gdy dociera do mnie sens jego słów. Czuję jak w klatce piersiowej narasta ból.

- Nie mów tak, Matt. – Gapię się na niego przerażona tym co się dzieje między nami. – Musisz mi uwierzyć, bo…

- Nic nie muszę. – Ostro wchodzi mi w słowo. 

- To było jedno wielkie nieporozumienie, Matt! – Wołam zrozpaczona. – Kocham cię do diabła! – Matt zrywa się z miejsca tak szybko, że nim zdążę mrugnąć powieką stoi już przede mną, a w jego spojrzeniu widzę mrok i niebezpieczeństwo. Wystraszona robię krok do tyłu i mój wzrok pada na stół. O Boże! Tylko nie to!

Na stole leżą dwie strzykawki oraz mnóstwo torebek z białym proszkiem i jakimiś tabletkami różnej maści.

- Obiecałeś, że nie będziesz brał nigdy więcej! – Patrzę na niego z niedowierzaniem. To wszystko to jedna wielka pieprzona farsa.

- Nic ci do tego. – Warczy rozwścieczony. Gdzie się podział mój Matt? Co on z nim zrobił? Podnoszę dłonie, aby do dotknąć ale ten odsuwa się ode mnie jak oparzony. – Nie dotykaj mnie. – Syczy przez zaciśnięte zęby. Mógłby dać mi w twarz, a zabolało by to mniej niż to. – Jedź do domu i zapomnij o mnie, tak jak ja o tobie. – Niemal krztuszę się łzami, które spływają mi po policzkach.

- Do diabła! To nie może się tak skończyć! Przecież mnie kochasz! – Naprawdę jestem żałosna. Zaczynam żebrać o jego uczucia. Ja głupia! Matt zaciska mocno powieki i krzywi się, jakby nie mógł znieść moich słów.

- Już nie. – Mówi to tak cicho, że w pierwszej chwili mam wrażenie iż się przesłyszałam. Robię krok do tyłu niemal się przy tym przewracając. Spanikowana próbuję złapać oddech, a w piersiach czuję rozdzierający ból. Matt spogląda na mnie zimnym pozbawionym wyrazu wzrokiem.

- Nie chcesz mnie? – Pytam zdławionym głosem. Muszę to usłyszeć inaczej nie dam wiary w jego słowa.

- Tak. – Zamykam oczy i zagryza wargi, aby nie zacząć wyć. Zaciskam szczęki i pięści i próbuję opanować kolejną porcję łez i ogarniającą mnie rozpacz. 

- Psychol, który mnie prześladuje powiedział mi dziś że chce ci zadać takie samo cierpienie, jakie ty mu zadałeś. – Mówię chłodno, a na chwile porzucił swoja maskę i oczy rozszerzają się mu ze zdziwienia. – Nie przewidział tylko tego, że ty mnie zostawisz. – Przy tym ostatnim słowie głos mi się łamie. – Módl się, aby szybko się mnie pozbył. – Dodaję i szybko opuszczam domek. Wyszarpuje z kieszeni kluczyki od auta. Gnana rozpaczą, wściekłością i Bóg jeden wie jeszcze czym, odpalam silnik i ruszam gwałtownie z miejsca. Zostawiam za sobą wszystko czego pragnęłam i kochałam. Przecieram dłonią oczy, kiedy łzy zamazują mi ostrość widzenia. 

- Kurwa! – Wrzeszczę na całe gardło i uderzam pięścią w kierownicę. To tylko okropny koszmar! To nie dzieje się naprawdę. Z tak małej sprawy zrobiła się gigantyczna lawina nieporozumień. Moje tłumaczenia na nic się nie zdały. Pieprzony Will! 

Prawie wyjeżdżam na drogę stanową, kiedy z przeciwka jedzie jakieś auto i oślepia mnie długimi światłami. Próbuję złapać wzrokiem pobocze, ale nic nie widzę. Naciskam wściekle klakson, ale ten ku mojemu przerażeniu jedzie prosto na mnie. Uciekam w bok, ale jest już za późno. Jedyne co przychodzi mi do głowy, że on mnie śledził i czekał tylko na odpowiedni moment, aby dokończyć to co zaczął.

Uderza mnie z ogromną prędkością. Moje auto podrywa do góry, po czym koziołkuje dwa razy. Rejestruję jeszcze jak auto uderza o coś z wielka siłą, a potem następuje tylko nicość.

***

Wypociłam ten rozdział i powiem szczerze, że jestem średnio z niego zadowolona.

Czekam na wasze reakcje odnośnie rozdziału. :)

Przyznam, że kolejny raz poszalałam.

Buziaki. :*

33. Furia.

- Pani Gabriela Mendez? – Podnoszę głowę znad papierów rozesłanych po całym łóżku.Jestem kompletnie wyczerpana, ale i tak mogę stwierdzić, że stoi przed mną niezłe ciacho. Jakim cudem nie słyszałam jak wszedł do sali? Rob z Aidanem zerkają z ciekawością do tyłu. Kilka minut temu przyszli zobaczyć co z Mattem, natomiast ja postanowiłam trochę popracować, aby oderwać głowę od problemów.

- Tak, a kto pyta? – Przyglądam się mu podejrzliwie. Nigdy wcześniej go tu nie widziałam, a zdążyłam już poznać pielęgniarki i lekarzy pracujących na tym oddziale.

- Kevin Cade. – Przedstawia się i podaje mi dłoń, którą z wahaniem ściskam.

- Świetnie, ale ja dalej nie wiem kim pan jest. – Cada uśmiecha się do mnie życzliwie. O rany! Ale ma uśmiech. Pewnie gdybym stała to zmiękłyby mi nogi.

- Jestem strażakiem, któremu pani groziła. – Robię wielkie oczy i próbuję przypomnieć sobie, bym takiemu ideałowi śmiałam grozić, ale nic takiego mi nie przychodzi do głowy.

- Mam rozumieć, że to żart. Tak?

- Nic z tych rzeczy. – Śmieje się gardłowo, a ja aż mam gęsią skórkę na rękach. – Gdy wyciągnąłem panią z płonącego domu, chciała pani koniecznie zobaczyć pana Kaseygo. – Wskazuje na Matta. – Próbowałem panią uspokoić, że wszystko z nim w porządku. – Tłumaczy z dziwnym błyskiem w oczach. – A pani powiedziała, że mi nakopie do tyłka jeśli kłamię odnośnie stanu zdrowia pana Kaseygo. – Rob i Aidan zaczynają ryczeć ze śmiechu. Pewnie ich całe piętro słyszy. Natomiast ja purpurowieję na twarzy. Cholera! Ja i mój niewyparzony język.

- Widocznie był pan mało przekonujący. – Bronię się słabo, a Cade po raz kolejny obdarza mnie hollywoodzkim uśmiechem. Powinien zostać modelem z taką twarzą i ciałem, a nie strażakiem. Minął się z powołaniem bez wątpienia.

- Najwyraźniej. Wpadłem tylko zobaczyć, czy z panią wszystko w porządku. – Wydaje się być to miłe z jego strony, ale nie zainteresował się Matta. Przecież w tej cholernej piwnicy nie byłam sama! – W zasadzie to chciałem zapytać, czy jest pani z kimś? – Ścisza głos, aby Aidan i Rob nie słyszeli o czym rozmawiamy. Nie podoba mi się dokąd to zmierza, a wzrok mojego brata i Roba za jego plecami mówi sam za siebie, że jeszcze chwila a wkroczą do akcji.

- Jak widzi pan, wszystko ze mą w porządku i tak, jestem z kimś związana. – Rzucam chłodno. Nie podoba mi się to dziwne zainteresowanie moją osobą. – W każdym razie dziękuję, za prawdopodobnie uratowanie nam życia. – Podkreślam słowo nam.

- Nie ma za co. Taką mam pracę. – Ani na chwilę skubaniec nie traci rezonansu i cały czas się gapi nachalnie. Zaczyna mnie to wkurzać. Widzę jak Aidan z Robem za jego plecami zaczynają się wydurniać i modlę się w duchu, aby się nie odwrócił. – Chciałbym… – Zaczyna, ale przerywa mu pikanie. Szybko wyciąga coś z kieszeni, co okazało się pagerem. – Przepraszam, ale na mnie już pora. – Podchodzi do drzwi, ale jeszcze się odwraca. – Mam nadzieje, że do szybkiego zobaczenia. – Puszcza mi oczko, a ja się krzywię z niezadowolenia. Kiwa głową chłopką i wychodzi.

- Pan „słodziutki”ewidentnie na ciebie leci. – Mówi sarkastycznie Rob.

- No i co z tego. – Prycham i wracam do pracy.

- Matt, musisz się szybko obudzić, bo ci strażak laskę sprzątnie sprzed nosa. – Mówi konspiracyjnie do nieprzytomnego Matta.

- Kretyn. – Warczę rozdrażniona.

- Pan Code aż się za ślinił na twój widok. Do Roba dołącza Aidan. – Chyba myślał, że w podzięce do wycałujesz… w usta. – Rechocze się złośliwie. Chwytam teczkę i rzucam nią w brata, ale ten uskakuje w bok.

- Założę się, że jeszcze tu wróci i będzie chciał się z tobą umówić. – Mówiąc to Rob odsuwa się spoza mojego zasięgu.

- Albo będzie ci współczuł i zacznie cię pocieszać, obok nieprzytomnego Matta. Już ja znam takich typków! – Mądrzy się Aidan, a mnie szlag jasny trafia na taką zniewagę. – Chciałbym zapytać, czy z kimś pani jest? – Nieudolnie naśladuje jogo głos. Zeskakuję z łóżka i robię kilka kroków do przodu.

- Za chwilę będziesz biegał po mieście o jednej nodze. – Wskazuję na niego palcem. – A ty. – Odwracam się do Roba. – Będziesz chodził z wielką śliwą pod okiem. – Rzucam wściekłe spojrzenie przyjacielowi.

- Gabi.. – Zaczyna ten drugi i unosi ręce w geście poddania, ale mu przerywam.

- Nie bawią mnie wasze durne żarty. Matt jest jedynym facetem, na którym mi zależy i jeszcze słowo, a przysięgam że wyrwę wam flaki i wepchnę głęboko do waszych gardeł. – Obaj robią krok w tył i wpatruję się we mnie zaszokowani. Ciężko oddychając opadam na krzesło stojące obok łóżka Matta i chowam twarz w dłoniach. Chce mi się płakać i choć mam na to wielką ochotę, to oczy mam nadal suche. Jestem taka zmęczona. Nie mogę spać i jeść. Po prostu czekam, aż się obudzi. Martwi mnie to, ale lekarz mówi że jest już lepiej skoro zaczął oddychać samodzielnie.

- Yyy Gabi? – Odzywa się cichym głosem Aidan.

- Czego? – Warczę w swoje dłonie. Nie ręczę za siebie jak rzuci kolejnym głupim tekstem.

- Matt się obudził. – Odpowiada podekscytowany Rob.

- Co ty…? – Nie bardzo dociera do mnie to co mówi, ale unoszę głowę i napotykam niesamowicie brązowe oczy Matta. Zalewam mnie niewysłowiona fala ulgi. Nareszcie się obudził. Uśmiecha się do mnie słabo, a mi drży dolna warga, po czym zaczynam płakać z radości.

- Ostatnio Gabi zmieniła się w fontannę. – Wzdycha teatralnie Rob, a Matt przewraca oczami. Posyłam Robowi mordercze spojrzenie.

- Może byś na coś się przydał i poszedł po lekarza. – Syczę do niego. W odpowiedzi uśmiecha się tylko szerzej i po chwili wychodzi z sali. – Uduszę go kiedyś gołymi rękoma. – Burczę pod nosem.

- Widzę, że jesteś w formie księżniczko. – Mówi ochrypłym głosem Matta. Aidan parska śmiechem, który szybko przekształca się w kaszel. Przez chwilę walczę z uśmiecham, ale końcu się poddaję. Wycieram mokre policzki dłonią.

- Stary dobrze, że wróciłeś. – Klepie go po ramieniu Aidan. – Bo wokół Gabi kręci się chmara facetów. Już nie nadążam ich odganiać. Jak na przykład ten strażak, który chciał się z nią umówić. – Kręci z niezadowolenia głową. Wzrok Matta ciemnieje, a jego oczy zmieniają się w szparki jak u węża. Spogląda na mnie chmurnie. Szlag mnie zaraz jasny trafi! Zabiję go!

Nim się Aidan orientuje co robię, to chwytam go za ucho i mocno wykręcam, po czym ciągnę go w stronę drzwi, a on posłusznie za mną idzie.

- Auć! Auć! To boli! – Próbuje się wyrwać, ale ja wzmacniam chwyt. Otwieram drzwi i wypycham go na korytarz. – No weź, Gabi! Już nie będę! – Patrzy na mnie ze skruchą, a ja mu w odpowiedzi pokazuję środkowy palec i zamykam mu drzwi przed nosem. Wracam do Matta, który wygląda na wkurzonego.

- No co? Trzeba było tyle nie spać, leniu. – Siadam w nogach łóżka i przyglądam się mu z troską. Usta mu drgają, ale nie pozwala sobie na uśmiech. Już mam coś dodać, ale do sali wchodzi lekarz. Rob musiał zostać za drzwiami, bo po chwili słyszę jego śmiech. Ugh, ale bym im przyłożyła.

Lekarz bardzo dokładnie bada Matta. Sprawdza ostatnie wyniki badań i zleca kolejne. Cieszę się, gdy mówi że wszystko wygląda dobrze i Matt wyjdzie z tego bez żadnych komplikacji. Wychodzę z sali, aby zadzwonić do Amy i taty. W końcu musiałam mu powiedzieć co się stało. To, że niezadowolony był to mało powiedziane, ale przeszło mu po czterech dniach i nawet raz odwiedził Matta.

- To teraz chyba zaczniesz jeść, co? – Za moimi plecami pojawia się Aidan. Stoję przed automatem z kawą i czekam, aż z łaski swojej zacznie działać.

– Nagle się o mnie martwisz? – Maszyna wreszcie zaczęła przygotowywać mi napój.

– Nie gniewaj się, po prostu nie mogliśmy patrzeć jak się smucisz. Nie przewidzieliśmy tego, że się wkurzysz. – Głos ma pełny skruchy.

– Aha, tak. Teraz Matt będzie mi suszył głowę za wasze głupie teksty. – Odbieram kubek i odwracam się do niego i obrzucam chłodnym spojrzeniem.

– I bardzo dobrze. Już ja widziałem, te twoje maślane oczka jakie robisz do strażaka. – Krzyżuje ręce na klatce piersiowej.

– Jesteś pewien, że chcesz się ze mną pokłócić? – Przygląda mi się przez chwilę z zaciśniętymi ustami, po czym spuszcza wzrok i wzdycha ciężko.

- Nie chcę. To chyba przez to, że się martwię o Amy i dziecko. – Siada na jednym z krzeseł, które stoją pod ścianą.

– A coś z nimi nie tak? – Pytam zaalarmowana.

– Za miesiąc poród, a ja boję się że nie dam rady i będę gównianym ojcem. – Przewracam oczami. To o to chodzi. Siadam obok niego i klepię go pocieszająco po udzie.

– Myślę, że będziesz świetnym tatą, Aidan. Zobaczysz, że wszystko będzie w porządku. Przestań świrować, braciszku. – Uśmiecha się do mnie nieśmiało i milczymy przez chwilę.

- Masz rację, Gabi. – Mówi wreszcie i wstajemy oboje. – Pożegnam się z Mattem i wracam do Amy. – Razem wracamy do sali. Matt już siedzi na łóżku i o czymś rozmawia z Robem. Na nasz widok cichną. Aidan wymienia jeszcze parę słów z Mattem, po czym się żegna z nami i wychodzi. Siadam na krześle obok łóżka Matta i przysłuchuję się im, jak rozmawiają o płycie i koncertach. Matt co jakiś czas na mnie spogląda z zagadkowym wzrokiem. Wreszcie i Rob znika za drzwiami sali i zostajemy sami.

– A więc chwilę mnie nie ma, a ty oglądasz się za innymi? Na kiedy umówiłaś się ze strażakiem? Znajdzie się miejsca dla mnie w twoim napiętym terminarzu? – Pyta z przekąsem.

- Nie wiem co ci Rob naopowiadał, ale to gówno prawda. – Obruszam się i zraniona do żywego.

Skoro ma mnie za taką właśnie kobietę to nic tu po mnie. Mam dość tych absurdalnych oskarżeń pod swoim adresem. Nigdy nie dałam mu powodów do tego, aby tak sądził. Chyba jeszcze się nie zorientował, że poza nim świata nie widzę. Co mam jeszcze zrobić, aby wreszcie mi w pełni zaufał? Zbieram nerwowo papiery z łóżka obok i wkładam je do jednej z teczek. Pod powiekami czuję zbierającą się wilgoć. Co się ze mną stało ostatnio? Stałam się płaczką, czy co? Wkładam ubrania i kosmetyczkę do torby podróżnej i zamykam ją z trzaskiem.

- Gabi? – Nie oglądam się za siebie. Zakładam torbę na ramię i podchodzę do drzwi.

– Wracam do siebie. – Odpowiadam i wychodzę.

– Wracaj! Proszę cię! Gabi!? – Krzyczy za mną, ale mam to gdzieś. Wychodzę, a za mną niosą się krzyki wkurzonego Matta. Jest teraz przykuty do łóżka, więc za mną nie pobiegnie. Mijam dwie pielęgniarki, który przyglądają się mi z rozbawieniem. Mi tam do śmiechu nie jest, a wręcz przeciwnie.

 

Budzi mnie uporczywe dzwonienie w głowie. Krzywię się i przekręcam się na drugi bok z nadzieją, że to tylko moje urojenia i nikt się nie dobija do mich drzwi. Zerkam na zegarek stojący obok łóżka. Dochodzi 14. Wow! Długo spałam, a myślałam że jest dopiero ranek. Zwlekam się z łóżka i idę do drzwi. Zerkam przez wizjer i wzdycham ciężko. No tak, przecież można się było tego spodziewać. Otwieram drzwi, a w progu stoi Rob i Bill.

- Czego? – Ziewam głośno.

- Coś ty mu zrobiła?! – Pyta głośno Bill. Nie muszę pytać komu. Zostawiam ich w drzwiach i wracam do salonu. Po drodze masując sobie skronie. Czuję bolesne pulsowanie w głowie. Tak jak myślałam ruszają za mną.

– Zdajesz sobie sprawę, że masz tylko na sobie mega seksownie koronkowe majtki i koszulkę, która ledwo zakrywa ci tyłek? – Słysze za sobą Roba. Siadam na kanapie i zamykam oczy.

– No i co z tego? – Mamroczę zirytowana.

– My to widzimy i… – Zaczyna Bill, ale mu przerywam.

- Dajcie mi spokój, co? Jestem zmęczona i chcę z powrotem iść spać. – Warczę wkurzona. Czuję, że jeszcze nie odespałam i nie wypoczęłam, by zacząć funkcjonować normalnie. – Czego chcecie? – Ponawiam pytanie. Nie muszę ich widzieć, aby wiedzieć że zerkają na siebie znacząco.

- Chodzi o Matta. – Tłumaczy Rob.

– A kogo by innego. – Mamrocze pod nosem.

– Co ty mu wczoraj powiedziałaś?

– Bo co?

– Chce się wypisać, że szpitala. Przecież wiesz, że nie powinie tego robić.

– A co ja mam z tym wspólnego? – Otwieram oczy i wiedzę jak spoglądają na mnie z niedowierzaniem.

- To chyba jasne, że powinnaś z nim pogadać i przemówić do rozumu. – Bill mówi do mnie jakbym była nie z pełna rozumu i nie dostrzegała oczywistości. Oni będę mnie pouczać. To już chyba przesada.

– Ja?! – Patrzę na nich lodowato. – To wasza wina, więc sobie radzicie sami.

– A co my takiego zrobiliśmy? – Pyta autentycznie zaskoczony Bill, a ja przenoszę wzrok na Roba.

– A kto mu na opowiadał, że spotkam się z kimś za jego plecami, co?! Przecież on jest chorobliwie zazdrosny i każdy z was o tym wie. – Warczę zezłoszczona i wstaję. – Matt myśli, że gdy tylko choć na moment przymknie oko to ja już lecę do innego! I to nie jest pierwszy raz! Mam tego dość! Ja wiem, że jemu jest trudno zaufać kobiecie, bo tak krowa zrobiła go w balona, ale wy pogarszacie sprawę robiąc ze mnie sukę! – Teraz to już wrzeszczę na całego, a obaj nagle kurczą się w sobie. Od dawna narastało we mnie napięcie i teraz znalazło ujście. – Skoro WY jesteście tacy zabawni, to sami sobie radzicie!

- Chyba jesteś nieco przewrażliwiona, Gabi. – Odzywa się obronnie Rob.

– Być może i jestem, ale to ja zamartwiałam się o Matta i koczowałam przy jego łóżku. Nie oczekuję za to podziękowań i ukłonów w pas, ale nie będę słuchać o tym jaka to ze mnie puszczalska! – Grzmię, a w skroniach czuję nasilający się ból. Opadam na kanapę ciężko dysząc, a obaj wyglądają tak jakby zapomnieli języka w gębie. – Skoro sobie wszystko wyjaśniliśmy to czas na was. – Spuszczam nieco z tonu i pokazuję im drzwi. W dupie mam jakiekolwiek uprzejmości. Bill przygląda się mi z rozdziawiona buzią, a Rob patrzy wszędzie byle nie na mnie.

- Tak, tak. Na nas już czas. – Zrywa się z miejsca Bill z rozkojarzoną miną, a Rob za nim. – Nie chcieliśmy cię zdenerwować, Gabi. – Tłumaczy się szybko i posyła mi przepraszające spojrzenie. – A z tobą mam do pogadania. – Zwraca się do Roba, a jego mina nie wróży nic dobrego. – Do zobaczenia. – Pośpiesznie opuszczają moje mieszkania, a ja za nimi zamyka zamki na wszystkie spusty. Z szafki w kuchni wygrzebują coś przeciw bólowego. Popijam dwie pastylki wodą i wracam do łóżka.

 ***

 Mija tydzień od kiedy po raz ostatni widziałam Matta. Przez jeszcze dwa dni trzymała mnie złość na niego i na chłopaków, a przez następne dwa dni dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Jednak koniec końców doszłam do wniosku, że dobrze zrobiła. Co prawda trochę przesadziłam ze swoim wybuchem, ale mam nadzieje że panowie wreszcie się opamiętają i skończą wreszcie z głupimi żartami. Nadal czuję się zraniona przez Matta. Dobra strona tej sytuacji jest taka, że wróciłam do pracy i nadrobiłam wszystkie zaległości. Po za tym, na duchu podnosi mnie obecność radiowozu policyjnego, kręcącej się wokół mojej pracy lub mieszkania. Czuję się ciut spokojniejsza, ale wyposażyłam się w gaz pieprzowy i na lewo załatwiłam sobie paralizator. Tak na wszelki wypadek. Megan obiecała mi parę lekcji, więc niecierpliwie czekam kolejnego tygodnia.

- Gabi, my już wychodzimy. – W drzwiach mojego gabinetu pojawia się głowa Carol.

– Dobra. – Odwracam się od okna, za którym szaleje ulewa.

– Nie siedź do późna. – Widzę, że chciałaby coś jeszcze dodać. – Do jutra, szefowo. – Puszcza mi całusa i zamyka za sobą drzwi. Po chwili słyszę jak wychodzą. Siadam za biurkiem i próbuję jeszcze popracować, ale po 40 minutach daję sobie spokój. Wzdycham i zaczynam zbierać się do wyjścia. Mam jeszcze spotkanie z Megan i Nickiem. Mam im przedstawić trzy propozycje na ślub i wesele, z czego wybiorą jedną którą zrealizuję.

 Wychodzę na zalaną deszczem ulicę i machnięciem przywołuję taksówkę. Zachciało mi się zakładać zamszowe szpilki, do których teraz wlewa mi się woda. Cholera! Będą do wyrzucenia. Psioczę w myślach.

Po moich plecach przebiega zimny dreszcz i czuję na sobie czyjś wzrok. Podnoszę głowę i znów dostrzegam po drugiej stronie ulicy ciemną postać, która się mi przygląda, ale tym razem nie czuję strachu i paniki, a determinację i chęć skręcenia temu komuś karku. Nie wiele myśląc ruszam w jego kierunku. Jestem już w połowie drogi, kiedy znika mi z oczu. Rozglądam się dookoła i próbuje w strugach deszczu dojrzeć obserwatora, ale na darmo. Znikł, ale wiem że gdzieś tam się czai. Wracam na chodnik, a obok mnie przejeżdża radiowóz. Oddycham z ulgą i skinieniem ręki przywołuję taksówkę.

- Witaj kochana. Jak się masz? – Zagaduje mnie łagodnie Megan, gdy oboje siadają na przeciwko mnie.

– Dziękuję już lepiej. – Uśmiecham się lekko. – A co u was?

– Jeszcze się nie pozabijaliśmy, więc dobrze. – Nick puszcza mi oczko, a ja zaczynam chichotać. Od razu się rozluźniam. – Od razu lepiej, Gabi. – Kręcę głową, ale zabieram się do rzeczy.

– A więc, przejdźmy do rzeczy. – Zmienia szybko temat, aby nie zaczęli mnie wypytywać o Matta. – Mam dla was trzy projekty. – Wyjmuje poszczególne szkice i rozkładam na stole. Zaczynam je omawiać. Wskazuję przy tym na różne aspekty, dobre i złe strony oraz ile to mniej więcej będzie kosztować. Słuchają mnie uważnie i co jakiś czas zadają jakieś pytanie. – Nie musicie się teraz decydować. Przemyślcie to sobie na spokojnie. – Kończę widząc, że jeszcze się wahają z ostateczną decyzją.

– W takim razie damy ci odpowiedzieć do końca przyszłego tygodnia. – Odzywa się Megan, a Nick jej przytakuje.

– W porządku. – Zgadzam się i zbieram szkice, gdy kelner przynosi nam nasze zamówienia.

- Nie gniewaj się, ale nie wyglądasz najlepiej, Gabi. – Megan przygląda mi się z troską.

– Wiem. – Unikam jej wzroku. – Ostatnio jestem bardzo zajęta i sama rozumiesz.

– No tak. – Mówi powoli, jakby nie do końca wierzyła moim słowom.

– A co u Matta? – Pyta Nick. Prędzej czy później musieli o niego zapytać, a ja myślałam że jakimś cudem da się tego uniknąć.

– Obudził się, więc chyba ma się dobrze.

– Chyba? – Nick nie dał się zwieść i drąży.

– A to nie byłeś u niego? – Odbija piłeczkę.

Trzy dni temu. – Marszczy brwi, zastanawiając się nad czymś intensywnie. - Pokłóciliście się, prawda?

– Tak jakby. – Wzruszam ramionami, gdy kelner stawia przede mną filiżankę z herbatą. Modlę się w duchu, aby na tym poprzestał z wypytywaniem, z odsieczą przychodzi mi Megan i rzuca Nickowi znaczące spojrzenie.

- Wszystko się ułoży. – Megan ściska pocieszająco moją dłoń. Uśmiecham się do niej smutno i przytakuję. Rozmawiamy jeszcze chwilę, ale zgrabnie unikamy drażliwego tematu. W końcu wymawiam się pilnymi sprawami i wychodzę z restauracji. Nie mogę znieść ich zatroskanego wzroku na sobie. Przez chwilę zastanawiam się czy nie wpaść na chwilę do szpitala, ale daję sobie spokój i po prostu wracam do mieszkania. 

***

Cztery dni temu Aidan poinformował mnie, że dziś wypisują Matta ze szpitala. Nie omieszkał mi przy tym wypomnieć jaką jestem podła, że przez ten czas nie odwiedziłam Matta, więc mu powiedziałam żeby się pilnował swojego nosa. Na szczęście dziś tata zaprosił mnie na kolacje, więc nie będę siedzieć wieczorem sama i się zadręczać jak to mam ostatnio w zwyczaju.

- Witaj, Gabrielo. – Mówi, gdy otwiera mi drzwi i obdarza mnie niedźwiedzim uściskiem. Chyba nigdy się nie przyzwyczaję do zmiany jaka w nim zaszła. Za każdym razem takie gesty mnie zaskakują.

– Tato. – Całuję go w policzek i odwzajemniam uścisk. Pomaga mi zdjąć kurtkę i zaprasza do środka.

– Rozgość się, a ja skończę przygotowywać kolację. – Ojciec znika jak mniemam w kuchni, a ja ruszam zwiedzić jego nowe mieszkanie. Kupił je zaraz po sprzedaży naszego „rodzinnego” domu. Chyba nie chciał by mu ciągle przypominało o Camilli. Natomiast jego była żona, przepadła jak kamień w wodę. Z nikim nie utrzymuje kontaktu i nie wiadomo gdzie jest. Wreszcie mamy święty spokój.

– Wspaniale mieszkanie, tato. – Mówię z szerokim uśmiechem, gdy dołączam do niego w kuchni.

– To prawda. – Miesza coś w rondelku i puszcza mi oczko.

– A ten widok z balkonu, no wow!

- Może nie jest takie ogromne jak poprzednie lokum, ale dla mnie jest wystarczające. – Przyglądam się mu, jak wstawia lassanie do piekarnika.

- Wina? – Wskazuje na butelkę czerwonego wina stojącą na blacie.

– Poproszę. – Po chwili maczam usta w czerwonym winie i razem z ojcem rozsiadam się na balkonie.

– No to teraz wyżal się swojemu staruszkowi. – Obejmuje mnie ramieniem, a ja posłusznie opieram się o niego. Milczę, bo nie wiem od czego zacząć i czy w ogóle zacząć mówić. – Słyszałem, że nawrzeszczałaś na Billa i Roba. – Dodaje, kiedy cisza się przedłuża.

– Co za gadatliwe towarzystwo. – Mamroczę pod nosem.

– Chociaż wiem co się dzieje. – Mówi kwaśno, a ja wiem że nawiązuje do tego że nie powiedziałam mu o prześladowcy.

- Po co pytasz skoro wszystko wiesz, tato. – Nie mówię tego ze złośliwością. Po prostu stwierdzam fakt.

– Martwię się o ciebie, córeczko. – Przyciska mnie mocniej do siebie.

– Wszystko się pochrzaniło. – Mówię smutno. – Nie możemy się dogadać z Mattem, a do tego ten szurnięty facet, który za mną łazi. Pragnę tylko spokojnego życia. Czy ja taj dużo chcę? – Biorę łyk wina.

– Nie córeczko, ale nikt nie mówił że życie jest łatwe.

– Co ty nie powiesz. – Burczę.

– Głębokie to nie było, ale taka jest prawda. – Wzdycha i całuje mnie w głowę. Rozkoszuję się tym uczuciem, bo tak rzadko okazywał mi w przeszłości czułość.

- Dosyć o mnie. Spotykasz się z kimś? – Wzdryga się, a napięcie jakie między nami się pojawiło zmusza mnie do podniesienia głowy, by spojrzeć mu w oczy. Wygląda na zmieszanego, a to że jest taki spięty oznacza jedno. – O rany, tato! Spotykasz się z kimś! – Wołam i uśmiecham się szeroko. – Opowiadaj. Jaka ona jest? Jak ma na imię? Długo się spotykacie? – Bombarduję go pytaniami. – Jak się poznaliście? Kiedy ją poznam?

– Gabi… – Zaczyna, ale mu przerywam bo wiem co chce powiedzieć.

– Nie wykręcisz się, więc gadaj. – Rzucam ostrzegawczo. 

Tak więc, ojciec opowiedział mi na wszystkie moje pytania, a nawet więcej bo jak zaczął o niej mówić to tak się rozkręcił, że nie wiadomo kiedy a wybiła 23. Między czasie opróżniliśmy butelkę wina i zjedliśmy całą lassanie.

Z ociąganiem się zakładałam kurtkę. Tak dobrze mi u niego. Ojciec uparł się, by mnie odprowadzić do taksówki, którą dla mnie zamówił. Uściskał mnie po raz ostatni i zapakował do auta.

W nieco lepszym nastroju wracam do swojego mieszkania. Cieszę się, że ojciec spotyka się z kimś i wygląda na szczęśliwego, ale dobrze by było ją prześwietlić, bo na tym świecie dosyć jest łowczyń fortun.

Przemykam przez hol i kiwam głową portierowi i przywołuję windę. Przydała by mi się gorąca kąpiel i kubek gorącej czekolady. To by na pewno podziałało na mnie relaksująco. Tak jak wtedy, gdy pierwszy raz wyjechałam do domu nad jeziorem z Mattem. Fajnie było i pierwszy raz przestałam myśleć o chorobie. Wychodzę zamyślona z windy, szukając w torebce kluczy do mieszkania.

- Jak zwykle to samo. – Mamroczę ze złością. Grzebię zapamiętale po przegródkach w poszukiwaniu tego przeklętego klucza. Już dawno powinnam uporządkować torebkę, a tak – tracę czas na przedzieraniu się przez gąszcz śmieci.

– Witaj, Gabrielo. – Podskakuję w miejscu, a żołądek podjeżdża mi pod gardło. Upuszczam torebkę na podłogę, z której wysypują się moje rzeczy i toczą po całym korytarzu. Obracam się w miejscu i dostrzegam siedzącego na schodach Willa.

– Co ty tu do diabła robisz? – Pytam ze złością i zaczynam zbierać zawartość swojej torebki z podłogi.

– Przyszedłem sprawdzić co u ciebie. – Klęka na jedno kolano obok mnie i pomaga mi zbierać rzeczy. Pakuję wszystko z powrotem do cholernej torebki i się prostuję.

- Dziękuję. – Mówię bezbarwnie. Odwracam się z zamiarem otworzenia drzwi. Czuję jak bardzo blisko stoi za mną, aż mam ciarki na plecach.

- Nie zaprosisz mnie do środka? – Pyta zdziwiony.

- Nie. – Mówię lodowato i odwracam się do niego. – Mów czego chcesz i spadaj? – Podpieram rękami biodra.

- Wojownicza dziś jesteś, Gabi. – Uśmiecha się i unosi dłoń w kierunku mojej twarzy. Robię krok w tył i wpadam plecami na drzwi.

- Trzymaj łapy przy sobie, Will. – Ostrzegam go. Co on sobie wyobraża?! Cholerny policjant! Po co tu do diabła przylazł?!

- Gabi.- Przygląda się mi jakbym była małym zagubionym dzieckiem. – Oboje wiemy, że Matt nie jest dla ciebie.

- Chyba ty, bo ja go kocham. – Will zbliża się do mnie powolnymi krokami i kładzie dłonie po obu stronach mojej głowy. Próbuję go wyminąć, ale mnie blokuje.

- Jest złym człowiekiem. – Mówi cicho, a mi włoski stają dęba. Jednak nie pozwalam sobie o tym teraz myśleć.

- Pozwolisz, że to ocenię sama. – Nie jest dobrze. Musze się od niego uwolnić natychmiast.

- Taakk? – Irytująco przeciąga sylaby i jeszcze bardziej się nade mną nachyla. – Powinnaś być teraz z nim. A jak widzisz, jesteś tu teraz ze mną. To chyba o czym świadczy? – Jego twarz niebezpiecznie zbliża się do mojej. Wciskam się w drzwi, choć wiem że to próżne działanie.

- Nie twój interes. – Syczę przez zaciśnięte zęby. Schylam się , aby zanurkować pod jego wyciągniętym ramieniem, ale chwyta mnie mocno w talii i odwraca do siebie. Szamoczę się z nim, ale unieruchamia mi nadgarstki w stalowych uchwycie. Jego zamiary są oczywiste i w ostatnim momencie odwracam głowę na bok, a jego usta trafiają w mój policzek. Warczy gniewnie, ale ja już go nie słucham bo wpatruję się w przepełnione bólem oczy Matta, który własnie wyszedł z widny.

- Matt! – Wołam go rozpaczliwie, ale ten obraca się na pięcie i zbiega po schodach. Kurwa mać! Tylko nie to! Musze go dogonić i wszystko wytłumaczyć, ze to nie to co on myśli. Wściekłość buzuje we mnie i nie jestem już w stanie nad sobą panować. Will ani myśli mnie puścić, więc odwracam głowę i gryzę go mocno w napierające na mnie usta. Odrywa się ode mnie i uśmiecha się złośliwie. jakby wiedział, że Matt tu przyjdzie i zobaczy nas w tej dwuznacznej sytuacji. Mijam go i zjeżdżam windą na dół. Wybiegam z niej z wzrokiem szukam Matta. Dostrzegam go jak wybiega przez drzwi wejściowe.

- Matt zaczekaj! – Drę się na całe gardło. Obraca się sztywno w moją stronę, a na jego twarzy maluje się taka rozpacz. Moje serce ściska mocno niewidzialna dłoń a w piersi czuję nie do opisania ból. – To nie to co myślisz! – Podbiegam do niego. – Zaatakował mnie! Kurwa! Musisz mi uwierzyć ja nigdy bym ci tego nie zrobiła! – Wykrzykuję spanikowana bez ładu i składu. Próbuję go dotknąć, ale mnie powstrzymuje.

- Nie mamy o czym rozmawiać. – Mówi cicho. Puszcza mnie i odchodzi. Stoję jak sparaliżowana nie zdolna się ruszyć. To nie możliwe. To nie może być koniec! Nie może mnie tak zostawić! To pierdolone nie porozumienie!

- Proszę pani? – Słysze obok siebie zatroskanego portiera. – Powinna pani wejść do środka. Zaziębi się pani, na tym deszczu. – Delikatnie chwyta mnie za ramiona i prowadzi z powrotem do budynku. Wchodzimy do środka, a mi w głowie huczy. – Zaprowadzę panią do mieszkania. – Proponuje. Nie odpowiadam. Zatrzymujemy się przy windach. Portier naciska przycisk przyzywający i już po chwili drzwi jednej z nich się otwierają, z której wychodzi zadowolony Will.

- I po kłopocie mam rozumieć? – Zwraca się do mnie wesoło. A mój mózg wreszcie zaczyna zwiększać obroty, po czym wskakuje na najwyższy bieg.

 - Ty? – Warczę lodowato. – Zrobiłeś to specjalnie! – Wyrywam się starszemu panu i robię krok w stronę Willa, który nie okazuje choćby odrobiny skruchy tym co zrobił. Bije od niego samozadowolenie.

- Gabi. – Mówi łagodnie i wyciąga w moją stronę ręce. Jakiekolwiek logiczne myślenie zasłania zimna furia. Dopadam go w kilu krokach i nim się spostrzeże co mam zamiar robić, to chwytam go za jedną z rąk i wykręcam tak mocno, że słychać trzask łamanej kości. Will krzyczy z bólu, ale ja na tym nie poprzestaję. Działam jak w transie prowadzona przez nie do zniesienia ból i nie do opisania wściekłość. Z całej siły uderzam go w twarz raz za razem. Will próbuje mnie powstrzymać, ale nie jest w tanie więc z pomocą przychodzi mu portier, który wcześniej stał jak wrośnięty w podłogę.

- Ty skurwysynu! – Wrzeszczę. – To twoja wina! Jak mogłeś! Jesteś chory! Powinieneś się leczyć! – Mój głos niesie się przez cały hol. – Nigdy nie będę twoja! Jeśli się do mnie zbliżysz, to zabiję cię jak Boga kocham! – Z pomocą przychodzi ochrona, która łapie mnie w stalowy uścisk. – NIENAWIDZĘ CIĘ! Nienawidzę! – Mój atak wściekłości zmienia się w rozdzierający uszy szloch.

Zostawił mnie.

Nogi się pode mną uginają i gdyby nie ochroniarze, upadłam bym na posadzę w holu. Ciężar tego wszystkiego co się ostatnio działo wokół mnie rzucił mnie na kolana. 

Załamałam się.

***

32. Nie strasz jej, do cholery!

Kompletnie roztrzęsiona docieram do domu. Nie pamiętam w ogóle drogi, bo w głowie huczy mi od natłoku myśli. Strach niemal paraliżuje mnie od środka. Chciałabym schować się, gdzieś w bezpiecznym miejscu i wyobrażać sobie, że wszytko jest w porządku i nikt na mnie nie czyha.

Wysiadam z auta i w kilku krokach dopadam drzwi wejściowych. Trzęsącymi się dłońmi przekręcam w zamku klucz i wchodzę do środka. Zatrzaskuję za sobą drzwi i zamykam na wszystkie spusty, które wydają mi się być ni wystarczalne.

- To ty księżniczko?! – Dochodzi mnie wołanie Matta. Przez ściśnięte gardło nie jestem w stanie wydusić z siebie żadnego słowa. – Gabi?! – Wchodzi do salonu z szerokim uśmiechem, ale gdy widzi moją minę jego wyraz twarzy zmienia się, a uśmiech zastępuje zamartwienie. – Co się stało? – Pyta zaalarmowany. Podchodzi do mnie szybkim krokiem i chwyta za ramiona. Przejeżdża nimi w górę i w dół, jakby sprawdzał czy nic mi nie jest. Zagląda mi w twarz zaniepokojonym wzrokiem. Wciągam z torebki kopertę i podaję mu ją. Zdezorientowany otwiera ją i wyciąga zawartość. Przegląda zdjęcia, a na końcu czyta kartkę. Cały sztywnieje, a dłonie zaciska w pięści.

- Skąd to masz? – Pyta cicho.

- Portier mi to wręczył, gdy wychodziłam z pracy. – Przerywam i oblizuję nerwowo usta. – Podobno zostawił to dla mnie jakiś mężczyzna. Matt ja…- Wzdycham i opadam na kanapę. – …widziałam go. Stał po drugiej stronie ulicy i mi się przyglądał, po czym zniknął w tłumie. – Głos mi się przy tym trzęsie nie co. Czuję się jak zagonione zwierzę do klatki, pozbawiona swojej prywatnej przestrzeń. Matt natychmiast siada obok mnie i przytula do siebie. – To ten sam mężczyzna, którego widziałam w holu swojego bloku. – Już go kiedyś gdzieś widziałam, ale nie wiem gdzie. Czego on chce od ode mnie ?

- Nie mam pojęcia. To wszystko nie trzyma się kupy. – Matt pociera dłonią moje ramię, jakby chciał mnie od środka rozgrzać. – Rozerwę go na strzępy. – Syczy wściekły, przez zaciśnięte zęby. Wcale w to nie wątpię. Matt potrafi być przerażający jeśli chce. Już się o tym przekonałam.

- Boję się, Matt. – Wyznaję cicho. Chwyta mnie i sadza na swoim kolanach. Otacza mnie ramionami, a ja ufnie wtulam się w niego.

- Ze mną jesteś bezpieczna. – Całuje mnie w głowę. Zamykam oczy i powoli się uspokajam. – Nie pozwolę, aby ktokolwiek zrobił ci krzywdę. – Mówi to takim tonem, jakby był w każdej chwili zabić tego, co zbliży się zanadto do mnie.

- Nie tylko o siebie się boję.

- Potrafię o siebie zadbać, Gabi. Niestety musisz ostrzec Aidana i Amy. Wątpię, aby coś im groziło, ale nie zaszkodzi aby na siebie uważali. – Wzdrygam się na samą myśl, że mogłoby tak być. Nie powinnam ich martwić, ale nie mam wyjścia w tej sytuacji.

- On śledzi każdy mój krok. Kto wie, czy teraz nie obserwuje twojego domu. – Panika ponownie bierze mnie w swoje szpony.

- On chce, abyś się czuła osaczona. Nie daj mu tej satysfakcji, Gabi. – Ściska mnie mocniej, oferując swoje wsparcie. – Przygotuję ci odprężającą kąpiel. Co ty na to? – Proponuje po dłuższej chwili.

- No dobra. – Zgadzam się, choć jestem pewna że to mi nie pomoże zapomnieć o troskach. Chcę zejść z kolan, ale mi nie pozwala. Wkłada dłonie, pod moje pośladki i wstaje. Oplatam go nogami w pasie, aby nie upaść na podłogę.

- Ostatni raz mnie niosłeś, kiedy byłam po chemii. – Zauważam kiedy wspinamy się po schodach. Matt spogląda na mnie ze zmarszczonymi brwiami.

- Insynuujesz coś?

- Skąd. Po prostu mam takie wspomnienie z tamtego trudnego okresu. – Gdy już jesteśmy u szczytu schodów, Matt skręca w lewo i otwiera drzwi do naszej sypialni. Stawia mnie na podłodze, ale nadal nie puszcza.

- Nawet nie wiesz jak się cieszę, że jesteś zdrowa. – Całuje mnie krótko i czule.

- Ja też. – Uśmiecham się lekko. Na szczęście było minęło.

- Idę przygotować kąpiel. – Puszcza mnie i wychodzi z pokoju. Siadam na łóżku i wzdycham ciężko. Nie tak to wszystko sobie wyobrażałam. Miałam być szczęśliwa, a tym czasem jakiś psychol mnie prześladuje z niewiadomego mi powodu. Wytężam pamięć, próbując sobie przypomnieć gdzie go wcześniej widziałam, ale mój umysł mnie zawodzi. Biorę z szafy ubrania na przebranie i idę do łazienki. Matt właśnie nalewa pomarańczowego płynu do kąpieli, a na powierzchni wody tworzy się piana. W całej łazience unosi się zapach cytrusów. Wie co lubię.

- Gotowe. – Obwieszcza zadowolony. – Jakby coś to wołaj, a ja idę na dół przygotować kolację. – Całuje mnie przelotnie i znika za drzwiami. Jak go tu nie kochać? Wiem, że się martwi tą całą sprawą, ale nie okazuje tego przy mnie. Gdybym była sama to popadłabym w całkowitą paranoję, a tak mam Matta i wspiera mnie na każdym kroku. Z resztą wcześniej też tak było. Z westchnieniem ulgi zanurzam się w wannie i przymykam oczy.

Niespełna 40 minut później schodzę na dół i minimalnie lepszym nastroju. Z kuchni dociera do mnie poddenerwowany głos Matta.

- Nie mam pojęcia kto to jest. Po prostu zrób wszytko co się da. – Przystaję za ścianą od kuchni i nasłuchuję, choć wiem że nie powinnam tego robić. – Do diabła! – Mówi ostro, a ja podskakuję w miejscu. – Jeśli ty się tym nie zajmiesz, to ja wezmę sprawy w swoje ręce, Will. – Zamieram zaskoczona. – W dupie mam to co myślisz o moim związku z Gabi. – Następuje długa pauza. Nie wiem, czy skończył rozmawiać, czy słucha to co mu mówi Will przez słuchawkę. – Nie wpieprzaj się między nas! – Woła rozzłoszczony. – Gabi dowie się o wszystkim w swoim czasie. – Ciekawa kiedy to będzie? Myślę z przekąsem. – Po prostu coś z tym zrób. – Syczy. Słyszę jak rzuca telefon o blat i oddycha ciężko. Po cichu wycofuję się do salonu. Nie chce, aby przyłapał mnie na podsłuchiwaniu.

- Matt!? – Wołam jak gdyby nigdy nic.

- Daj mi chwilę! – Odkrzykuje, a ja siadam na kanapie i podciągam nogi pod brodę. Włączam telewizor i przeskakuję z kanału an kanał, aż zatrzymuje się na lecących akurat Przyjaciołach. Uwielbiam ich, ale w tej chwili chyba nie podziałają pozytywnie na mój humor.

Po kilku minutach Matt wyłania się z kuchni. Kroczy z dwoma talerzami w dłoniach. Jeden stawia przede mną i nalewa wina do kieliszków.

- Kolację podano. – Uśmiecha się zachęcająco i siada obok mnie. Przez chwilę przyglądam się mu uważnie. Wydaje się być odprężony i uśmiechnięty i prawie bym w to uwierzyła, gdyby nie to że jest spięty a oczy błyszczą mu niebezpiecznie. Nadal jest wkurzony po rozmowie z Willem, choć stara się nie dać po sobie tego poznać.

- No co? – Unosi do góry brwi, kiedy spostrzega mój badawczy wzrok. Wzruszam ramionami i zabieram się do jedzenia, choć nie czuje się głodna.

Po kolacji leżymy na kanapie gapiąc się w ekran telewizora. Matt splata swoje nogi i moimi i jedną rękę obejmuje mnie w pasie.

- Powinnam to zgłosić na policję. – Stwierdzam. tak czy inaczej bym to zrobiła, ale chcę się przekonać czy Matt powie mi o telefonie do Willa. Ciało Matta tężeje i nic nie mówi przez kilka sekund.

- Rozmawiałem już o tym, z policjantem który prowadzi tą sprawę. – Odpowiada ze spokojem. Nie powiedział jednak, że się znają. Tylko ogólniki. – Gniewasz się? – Dodaje, kiedy milczę.

- Nie, Matt.

- Tylko? – Przekręcam głowę, aby na niego spojrzeć.

- Tylko? – Powtarzam za nim. Przewraca oczami.

- Lubisz się ze mną drażnić co? – Mruży oczy.

- Aha. – Uśmiecham się słodko i dotykam jego twarzy. Pod palcami czuję lekki zarost.

- Wiesz, że jesteś dla mnie najważniejsza, prawda? – Nieruchomieję na to wyznanie. Matt przygląda mi się z bardzo poważnym wyrazem twarzy.

- Dlaczego mówisz to takim tonem? – Nie mogę się pozbyć przeczucia, że coś jest nie tak.

- Po prostu chcę, abyś o tym wiedziała. – Opiera czoło o moje czoło. Niewidzialna pięść ściska moje serce, a w klatce piersiowej czuje lekki ból.

- Wiem, Matt. – Odpręża się i przyciąga mnie bliżej siebie. Chowam twarz w jego ramieniu i zagryzam wargi, aby się nie rozpłakać.

Budzę się, gdy Matt niesie mnie do sypialni. Cholera, zasnęłam i nawet nie wiem kiedy. O rany! Te kołysanie jest takie usypiające. Chcę do łóżka.

- Matt. – Mamroczę sennie, gdy kładzie mnie na łóżku i przykrywa kocem.

- Popracuję jeszcze z godzinę, a ty śpij. – Mówi uspokajająco i całuje mnie w skroń. Otulona w koc, słyszę jeszcze miękkie kroki Matta na schodach, po czym zapadam z powrotem w sen.

Śniło mi się, że się duszę. Do gardła i nozdrzy wdziera się gryzący dym, a ja nie mogłam złapać haustu świeżego powietrza. Siadam na łóżku i ręką szukam obok siebie Matta, ale łóżko jest puste. Biorę kilka uspokajających oddechów i zaczynam kaszleć gdy wciągam do płuc dym. Oczy zaczynają mi łzawić do niego. Dociera do mnie, że nie był to sen, a rzeczywistość. Cała sypialnia jest zadymiona. Zsuwam się z łóżka na podłogę i na czworakach docieram do drzwi. Próbuje je otworzyć, ale ktoś z drugiej strony zablokował drzwi. Panika i strach dopadają mnie w jednej chwili. Szarpię za klamkę i napieram drzwi z całej siły, ale nie ustępują. Zostanę spalona żywcem! Siedzę oparta o drzwi i próbuję nie myśleć o tym jak umrę. Musze się stąd wydostać i gdzie do diabła jest Matt?

Nagle przypomina mi się, jak kiedyś z klasą w szkole średniej byłam w strażackiej remizie. Mgliście przypominam sobie co wtedy mówili strażacy, ale jedyne co zapamiętałam to pokaz jak wyłamują drzwi, aby dostać się do środka, ale jak nie ma łomu, ani nic tym podobnego. Może jak z całej siły kopnę w drzwi to ustąpi zamek.

Podnoszę się z podłogi i zakrywam bluzką usta i nos przed dymem. Biorę pełen rozmach i z całej siły jaką mam uderzam stopą w drzwi, które ku mojemu zaskoczeniu ustępują i uderzają z hukiem w ścianę. Biegnę przez korytarz, po czym zbiegam po schodach do salonu, gdzie szaleją płomienie. Ściany od kuchni i tarasu są trawione przez ogień, oraz sufit. Gorącu tu jak w piekarniku, a pot spływa mi po skroniach.

-Matt?! – Wołam zrozpaczona, ale trudno jest przekrzyczeć trzask mebli, które ustępują pod siłą ognia. Już mam wychodzić kiedy przypomina mi się, że miał pracować. Czyli jest w piwnicy. Ogromna gula staje mi w gardle, a do oczu napływają łzy. Po omacku docieram na czworakach do drzwi prowadzących do maleńkiego studia. Otwieram je i aż mnie zamurowuje. Cała piwnica tonie w pomarańczowych płomieniach i dymie. Oby go tam nie było. Zbieram się w sobie i ostrożnie stąpam po schodach, które póki co jeszcze ogień nie zajął. Cały czas zasłaniam twarz przed dymem, ale to nic nie daje. Staję na środku piwnicy i rozglądam się dookoła, ale trudno cokolwiek zobaczyć przez ten cholerny dym.

- Matt?! – Wołam słabo, po czym zaczynam kaszleć. Ból w płucach powala mnie na kolana. Po omacku szukam schodów, ale w zamian tego moje palce trafiają na coś miękkiego, a żołądek podjeżdża do gardła, gdy rozpoznaję Matta. Rękoma badam jego ciało i szarpię go za koszulę, ale ten nie daje żadnych oznak życia. Chwytam go za jedną rękę i ciągnę go w stronę wyjścia jak mi się wydaje. Placami natrafiam na schody, ale nie mam tyle siły aby go stąd wyciągnąć.

- No rusz się! Słyszysz! – Wołam zdesperowana. – Musimy uciekać! – Zapieram się nogami o jeden ze schodków i ciągnę go z całej siły, ale to na nic. Nie dam rady. Wycieńczona upadam na schody. Przed oczami mam mroczki, które po chwili zmienia się w nadciągającą ciemność. Bronię się ostatkiem sił i niespodziewanie czuję, jak ktoś zaciska ręce na moich ramionach i ciągnie w górę. Jak szmaciana lalka zostaję wyciągnięta z piwnicy. Ktoś przykłada mi palce do szyi, za pewnie sprawdza czy jeszcze żyję, po czym unoszę się w powietrzy. Po kilku sekundach czuję świeżę powietrze. Obok siebie słyszę krzyki i szepty obcych osób. Ktoś kładzie mnie na czymś twardym. Jakieś światło razi mnie w oczy, a w zgięciu tuż nad łokciem czuję ukłucie. Jęczę cicho w proteście.

- Nie jest z nią źle, ale musi zaleźć się w szpitalu. – Mówi jakaś kobieta nade mną.

- Ok, idę do chłopaków. – Odzywa się męski głos obok mnie. Próbuje poskładać wszystko w jedną całość. Tylko jedna rzecz powstrzymuje mnie od zapadnięcia w zachęcającą otchłań, ale zmuszam się do ruchu i chwytam na oślep jak mam nadzieję rękę strażaka. Próbuje się wyrwać, ale ściskam mocniej jego dłoń. Mrużę oczy, aby wyostrzyć pole widzenia.

- Matt…- Charczę. – …na dole…w piwnicy. – Tylko teraz to jest dla mnie ważne.

- Wszystko z nim w porządku. – Uspokaja mnie mężczyzna, ale coś mi mówi że wcale tak nie jest. Czuję jak serce mi przyspiesza ze zdenerwowania. Muszę go zobaczyć, upewnić się że żyje. Nim ktokolwiek zdąży zareagować siadam i próbuje wstać, ale kończy się to tym, że nogi się pode mną uginają i gdyby nie czyjeś silne ręce pewnie bym zaliczyła glebę.

- Twarda sztuka. – Mruczy pod nosem z podziwem. Sadza mnie z powrotem, a ja otwieram szerzej oczy i napotykam zdumiony wyraz twarzy młodego strażaka, który nadal mnie podtrzymuje.

- Jeśli kłamiesz… – Z trudem przełykam ślinę. -… dokopię ci. – Mówię co prawda nie wyraźnie, ale chyba zrozumiał kiedy na jego twarzy pojawił się uśmiech.

- Świetnie. – Komentuje. – A teraz z łaski swojej, by się pani położyła i dała zawieść do szpitala. 

- Niee…Chcę… do Matta… – Charczę w przypływie rozpaczy. i próbuje odciągnąć ręce które mnie trzymają w żelaznym uścisku.

- Zrób coś. – Zwraca się do kogoś ponad moja głową, po chwili czuję ukłucie w okolicy łokcia, a moje ciało po chwili robi się bezwładne, a mi film się urywa. Matt – rozbrzmiewa jeszcze w głowie jego imię.

***

Krzywię się, gdy po otwarciu oczy razi mnie światło i natychmiast je zamykam.

- Ile razy mam ci powtarzać Matt, abyś zasłonił rano okno. – Mruczę pod nosem ze złością. Ręką szukam obok siebie jego osoby, ale natrafiam na pustkę, a raczej przepaść. Co jest do cholery? Marszczę brwi i ponownie otwieram oczy. Tym razem ich nie zamykam, ale pozwalam aby przyzwyczaiły się do oświetlenia w pomieszczeniu. Ze zdziwieniem stwierdzam, że nie jest to sypialnia Matta, ale sala szpitalna. Obok łóżka siedzi Aidan, a za nim stoi Rob. Obaj mężczyźni mają dziwne miny. Jakby nie wiedzieli jak zareagować i co powiedzieć.

- Co ja tu robię? – Zadaje jedyne pytanie, które teraz przychodzi mi do głowy.

- Nic nie pamiętasz, Gabi? – Odzywa się Aidan. Robię wielkie oczy i sięgam pamięcią wstecz. Przypomina mi się wszystko jak przez mgłę. Dym. Dużo dymu. Ogień i piwnica. Rozpacz i strach. No właśnie strach o…

- Matt! – Wołam zrozpaczona, gdy do mnie dociera co się wydarzyło. Rob kiwa głową smutno. Boże to nie możliwe! tylko nie on! Zaczynam się hiperwentylować. Nie mogę złapać tchu. Krew dudni w skroniach. Oszołomiona nie mogę dopuścić do siebie tej okropnej prawdy.

-Czy on..czy on… – Jąkam się próbując wymówić „to” słowo.

- Żyje. – Uspokaja mnie Aidan i patrzy karcąco na Roba. – Nie strasz jej, do cholery. – Opadam z powrotem na poduszki i powoli się uspokajam.

-Gdzie on jest? Co z nim? – Patrzę to na jednego, to na drugiego.

- Jeszcze się nie obudził. – Odpowiada Rob.

- Chcę go zobaczyć. – Natychmiast żądam i jednym ruchem zrzucam z siebie pościel.

- Powinnaś odpoczywać. Jesteś jeszcze słaba, Gabi. – Aidan próbuje mnie powstrzymać, ale rzucam mu ostre spojrzenie. – No tak. Uparta jak osioł. – Mówi kwaśno, ale pomaga mi wstać. Staję o własnych nogach, ale czuję się dziwnie słaba.

- Oddziałowa nas zabije. – Mruczy Rob po nosem, ale podjeżdża wózkiem obok mnie. Siadam na nim ostrożnie, a Aidan przykrywa moje nogi kocem.

- Jedziemy. – Rozkazuje. Aidan popycha mój wózek, a Rob idzie obok mnie. Obaj mają nieszczęśliwe miny z tego powodu. Mam gdzieś, że wpakują się w kłopoty przeze mnie. Na szczęście po drodze nie wpadamy na żadną pielęgniarkę ani lekarza. Sala, w której leży Matt znajduje się na końcu tego piętra. Rob otwiera drzwi dla nas. Aidan podjeżdża pod samo łóżko Matta i się wycofuje.

Matt leży z zamkniętymi oczami, podłączony do jakieś aparatury. Na głowie ma założony opatrunek, a na twarzy tu i ówdzie widać siniaki. Ma również założony kołnierz ortopedyczny, a klatka piersiowa przepasana jest bandażem. Jednym słowem – nie jest dobrze. Ostrożnie chwytam jego dłoń i ściska lekko. Jest chłodna w dotyku. Wycieram wolną dłonią mokre policzki. Co się wczoraj wydarzyło? Dlaczego Matt leżał nieprzytomny w piwnicy?

Zaciskam szczęki z wściekłości. Ktokolwiek to był zapłaci mi za to. Dosyć strachu. Nie będę ofiarą. Jeśli chce się zabawić, to trafił pod zły adres. Nie pozwolę, aby komukolwiek coś się stało z mojego powodu. To moja wina, że on tu leży.

- Tak jak myślałam. Tutaj jest pani Mendez. – Drzwi się otwierają i do środka wchodzi jak się można domyślić oddziałowa i sztyletuje wzrokiem Roba i Aidana. Obok niej stoi Will.

- Chciałbym z tobą porozmawiać, Gabi. – Odzywa się Will. Kiwam głową. Wchodzi do środka, ale ja kręcę głową.

- W mojej sali, Will. – Aidan zabiera mnie do łóżka Matta i jedziemy do mojego pokoju.

Gdy wreszcie siedzę w swoim łóżku, Will siada obok mnie na krześle i przygląda mi się z troską. Aidan i Rob wyszli pod czujnym okiem oddziałowej.

- Jak się czujesz, Gabi?

- Dobrze, ale do rzeczy, Will. – Uśmiecha się nieznacznie i prosi mniei, abym opowiedziała co się dzisiejszej nocy wydarzyło. Mówię to co pamiętam. O zaryglowanych drzwiach naszej sypialni i nieprzytomnym Kaseym w studiu.

- To było podpalenie, Gabi. – Kiwam głową. Tyle to i ja się domyśliłam. – Pożar prawdopodobnie zaczął się w kuchni i w piwnicy, ale nadal strażacy to badają. Matt dzwonił kilka godzin wcześniej do mnie, wiesz o tym?

- Tak. To ten sam mężczyzna, którego widziałam w holu i jestem niemal pewna, że to on stoi za podpaleniem. – Zaciskam dłonie w pięści. Niech ja tylko dostanę go w swoje ręce.

- Bardzo możliwe. Czy pamiętasz coś jeszcze? – Przygląda mi się oczekująco. Przecieram dłonią twarz i kręcę sfrustrowana głową. 

- Spokojnie, Gabi. – Kładzie dłoń na mojej dłoni. – Będę cię informował, gdybyśmy coś więcej wiedzieli. Trzymaj się. – Wchodzi z sali, za to do pokoju wpada Aidan z kwaśną miną. Idę o zakład, że oddziałowa  przed chwilą zmyła mu głowę.

- Mam do ciebie dwie prośby. – Spogląda na mnie wyczekująco. 

- Zawołaj proszę lekarza i przywieź mi jakieś ubrania  na zmianę, bo nie będę paradować z gołym tyłkiem po szpitalu. – Uśmiecha się do mnie szeroko i puszcza oczko, po czym wychodzi z sali.

***

Jeszcze tego samego dnia wypisałam się ze szpitala na własne życzenie. Lekarz, a tym bardziej Aidan nie był zadowolony z mojej decyzji. Czułam się dobrze, mimo osłabienia i nie widziałam powodu, aby dłużej leżeć bezczynnie w łóżku. Oczywiście dla świętego spokoju poddałam się wszelkim badaniom. Koniec końców okazało się, że ze mną wszystko w porządku, ale powinnam jeszcze przez dwa dni odpocząć. Aidan przywiózł mi trochę ubrań i kosmetyków z mojego mieszkania. Am też chciała przyjechać, ale rozmawiałam z nią przez telefon i przekonałam, aby tego nie robiła. Nie chcę, aby się forsowała w ciąży. Narzekała, że ma dość siedzenia w domu, ale obiecałam że będę dzwonić, gdybym jej potrzebowała.Natomiast ojca jeszcze nie poinformowałam i Aidan też do tego się nie kwapił. Obje wiemy, jaka będzie jego reakcja. Jednak nie mogła tego ukrywać w nieskończoność, zwłaszcza że Matt jest osobą publiczną i prędzej czy później wiadomość o pożarze wycieknie do mediów, o ile już tak się nie stało.

Lekarz pozwolił mi spać w tej samej sali co Matt, pewnie dlatego by mieć na mnie oko. Jednak przez pierwsze dwa dni prawie nie z mrużyłam oko. Czuwałam przy łóżku Matta. Od doktora dowiedziałam się, że ma uraz mózgu co spowodowało tak długą utratę przytomności, a do tego stłuczone żebra. Insynuował, że obrażenie te mogły powstać w wyniku bójki. Dodatkowo ma poparzone górne drogi oddechowe, ponieważ bardzo długo przebywam w piwnicy. Generalnie mogło być dużo gorzej i zapewniał mnie, że wyzdrowieje, ale i tak martwi mnie to, że jeszcze się nie obudził. Skóra mi cierpnie na samą myśl, co by się stało gdyby nie przyszła pomoc w ostatniej chwili. Pewnie właśnie w tej chwili wyprawiano by podwójny pogrzeb. Fale wściekłości przepływają przeze mnie i mam chęć komuś porządnie przywalić. Roznosi mnie od środka. Rob twierdzi, że to dobra reakcja na to co się wydarzyło. Chyba nie do końca zdaje sobie sprawę co się ze mną dzieje. Uciekł gdzieś strach i panika przed prześladowcą, a zastąpiła je chęć zemsty i dokopania temu kretynowi. Policja może sobie przypuszczać, ale ja wiem że to był on.

- Gabi? – Słyszę gdzieś cichy głos nad swoją głową. Prostuję się i rozglądam nie przytomnie. Obok mnie stoi Megan i Nick.

- Cześć. – Mamroczę i uśmiecham się z wysiłkiem do nich. Megan kładzie mi rękę na ramieniu i ściska pocieszająco.

- Gdy się dowiedzieliśmy co się stało, natychmiast przyjechaliśmy. – Odzywa się Nick ze współczującym wyrazem twarzy. – Jak on się ma?

- Nadal się nie wybudził, ale reaguje na leki. A obrzęk się zmniejsza. – Przenoszę wzrok na nieruchomą twarz Matta.

- Wszystko będzie dobrze, Gabi.

- Musi być. – Wzdycham ciężko. Meg i Nick wymieniają ze sobą szybie spojrzenia.

- Idę po bufetu. Chcecie coś? – Pyta Nick.

- Była bym wdzięczna za kubek kawy. – Uśmiecham się do niego nie śmiało.

- Ja tak samo. – Megan klepie go po plecach i odprowadza do drzwi. Słyszę jak szepczą między sobą, po czym jej narzeczony znika za drzwiami.

- Nick rozmawiał z twoim bratem. – Odzywa się po chwili ciszy. Czyli już wszystko wie. – Czy możemy jakoś wam pomóc? – Odrywam wzrok od Matta i spoglądam na Megan. Wydaje się naprawdę zmartwiona naszą sytuacją i już wcześniej oferowała mi pomoc. Przez chwilę biję się z myślami.

- Jest taka jedna rzecz. – Mówię powoli.

- Mów co to takiego.

- Naucz mnie bronić się przed napastnikiem. – Patrzę jej prosto w oczy, gdy ta najpierw wygląda na zaskoczoną, a potem mruży oczy i nachyla się w moją stronę.

- Przykro mi, Gabi ale ja nie o tym zielonego pojęcia. – Uśmiecha się przepraszająco. Przyglądam się jej powątpiewająco.

- Wiem o was i o tym co robiliście w przeszłości. – Wyciągam karty na stół z hukiem. Ostro gram, ale teraz wydaje mi się to być najlepszym pomysłem. Nie mogę być ciągle ofiarą. Megan wygląda na zszokowaną moją wiedzą na ich temat.

- Skąd o tym wiesz? – Pyta cicho, jakby się bała że za chwile wkroczy do pokoju policja i ją aresztuje.

- A jak myślisz? – Wskazuje głową na Matta. Jej oczy miotają błyskawice pod jego adresem. Chyba dobrze, że w tej chwili jest nie przytomny, bo inaczej by miał przerąbane.

- Gabi, ale ja się w to już nie bawię. Po za tym Nick mnie zabije.

- Dlaczego miałby to zrobić?

- Bo mi skopała tyłek i postrzeliła w ramię. – Na poje pytanie odpowiada kwaśno Nick, który własnie wszedł do pokoju z trzema kubkami kawy.

- Żartujesz sobie ze mnie? – Robię wielkie oczy. Jakoś trudno mi to sobie wyobrazić. Odbieram od niego kawę.

- Należało ci się, kochanie. – Cedzi przez zaciśnięte zęby Megan. O rany! To naprawdę prawda. Nick siada po drugiej stronie łóżka i spogląda na nas spod byka.

- Wydaje mi się, że kobieta powinna umieć się bronić w sytuacji zagrożenia życia.

- No tak. – Zgadza się ze mną niechętnie Nick.

- To jak będzie Meg?

- No dobra, ale musisz wiedzieć, że nie jestem instruktorem. – Mówi szybko. – Słuchaj, Gabi. Lepiej by było, gdybyś udała się do kogoś kto się na tym zna. – Przyglądam się jej z pobłażaniem przez chwilę.

- Myślę, że pękasz. – Krzyżuję ręce, a w duchu się modlę że nacisnęłam jej na odpowiedni odcisk.

- Ja nie tchórzę! – Woła oburzona.

- Oho. – Odzywa się Nick pod nosem. Zaciskam usta powstrzymując tryumfalny uśmiech.

- W piątek o 18 w moim warsztacie. – Celuje we mnie palcem.

- Super. Już się nie mogę doczekać. – Nick wzdycha teatralnie za moimi plecami.

Żegnają się ze mną po godzinie i obiecuję, że jutro wpadną. Natomiast zaraz po nich do dali wpadają panowie z zespołu. Wszyscy maja grobowe miny i nawet nie rzucają żadnym głupim żartem. Stoją wokół łóżka Matta, a mnie aż coś ściska w piersi na ten widok. Jakbym była na pogrzebie. Siadam na fotelu w kącie i obserwuję ich z daleka, po chwili podchodzi do mnie Bill i siada na oparciu.

- Odwołaliśmy trasę koncertową oraz termin wydania nowej płyty. – Mówi cicho.

- Przykro mi, Bill. – Jeszcze bardziej przygniata mnie świadomość, że to wszystko moja wina.

- Bez Matta to nie jest to samo, choć po tym numerze co nam wykręciliście był ułożony plan waszej bolesnej śmierci. – Stara się zażartować, ale jakoś mu to nie wychodzi.

- Innym razem, Bill. – Klepie go po kolanie.

- My o niczym nie wiedzieliśmy. Dopóki nie powiedział nam o wszystkim Rob. – Patrzy na mnie z obrażoną miną. – Powinniście nam powiedzieć, że macie problemy z jakimś skurwysynem.

- Bill…

- Wiem, że czasami zachowujemy się jak dzieci, ale… – Unoszę do góry brwi. – No dobra. Często, ale razem na pewno byśmy coś wymyślili.

- Przepraszam. – Cholera! Mam teraz wyrzuty sumienia przez niego.

- Po prostu nie zapominaj, że masz przyjaciół. 

- Będę o tym pamiętać. – Zapada między nami ciężka cisza. Oboje przyglądamy się, jak reszta panów opowiada coś zawzięcie śpiącemu Mattowi. 

- Mógłby się wreszcie obudzić. – Stwierdza Bill. Kiwam głową. 

No właśnie. Mógłby… 

***